|
Stanisław Michalkiewicz w Toronto
„Najlepszy polski publicysta!”, „Bezkompromisowy w dociekaniu prawdy!”, „Wyjątkowej klasy erudyta!”, „Bezpośredni i miły człowiek!” - To tylko kilka wybranych nagłówków reklamowych, które poprzedziły wizytę Stanisława Michalkiewicza w Toronto. .
„W dużej sali Związku Narodowego Polskiego przy ulicy Judson, w niedzielne popołudnie 18 lutego zgromadził się tłum, o jaki nie tak znowu łatwo w naszym polonijnym życiu. Zwłaszcza w Toronto, gdzie impreza goni imprezę, a odległości do pokonania są bardzo duże. Tym razem jednak organizatorzy mogli mieć satysfakcję. Zabrakło krzeseł. Ludzie stali w przejściach. W spotkaniu z redaktorem Michalkiewiczem wzięło bowiem udział ponad 400 osób.
Skąd go wszyscy znają, tu na odległym od kraju kontynencie? Ano z gazet polonijnych, w których często publikuje i przede wszystkim ze strony internetowej, gdzie zamieszcza wszystkie swe felietony drukowane uprzednio w czasopismach Warszawy, Krakowa, Poznania i Torunia, a także wygłaszane w Polskim Radio i w Radio Maryja. Sama jestem codziennym gościem tejże strony i wyznaję, że czytam ją jak „smakowity deser” swej rutynowej prasówki polskiej. Jak widać internet nie koniecznie tylko „zabija prasę”, jak twierdzą niektórzy.
Kim więc jest ten tak bardzo popularny dziennikarz, Stanisław Michalkiewicz? Urodzony 8 listopada 1947 roku w Lublinie, ukończył studia prawnicze w tym samym mieście, na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w 1969 roku. Trzy następne lata życia spędził w Warszawie na Podyplomowym Studium Dziennikarskim. Wkrótce potem rozpoczął pracę w „Zielonym Sztandarze”. Bardzo szybko wszedł w struktury opozycji wobec systemu komunistycznego. Pisał w prasie podziemnej, wydawał książki, własne i cudze, w drugim obiegu, był inspiratorem i działaczem Solidarności Chłopskiej. Internowany w stanie wojennym, zaprzyjaźnił się w Białołęce z Januszem Korwinem - Mikke i wraz z nim, a także ze Stefanem Kisielewskim założył w 1987 roku partię polityczną Ruch Polityki Realnej. Dwukrotnie był jej prezesem. Z jej ramienia kandydował do Sejmu. W 1992 roku napisał własny projekt konstytucji. Opracował kilka ustaw sejmowych, jak np. nowy projekt ordynacji wyborczej. Wydał kilkanaście książek popularyzujących idee konserwatywno-liberalne. Obecnie pracuje jako stały publicysta „Najwyższego Czasu” i „Naszej Polski”, a także „Naszego Dziennika”. Publikuje też swe felietony w wielu innych gazetach krajowych i polonijnych. Prowadzi dwa programy radiowe. Wykłada w Wyższej Szkole Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki w Warszawie oraz w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu.
Spotkanie z redaktorem Michalkiewiczem w Toronto było wyjątkowo ciekawe. Atmosfera gorąca, pytania w dyskusji bardzo rzeczowe, interesujące i osadzone mocno w problematyce politycznej współczesnej Polski. Wykład wprowadzający, konstruktywny i zwarty, ukazywał w lapidarnym skrócie ideę Rzeczypospolitej Pierwszej, Drugiej i Trzeciej w całym ich historycznym kontekście. Z imponującą erudycją i znajomością rzeczy prelegent prowadził słuchaczy poprzez wieki dziejów naszej Ojczyzny, w których splatały się okresy integracji i siły ze skłóceniem, słabością i upadkiem, wykorzystywanymi skwapliwie przez naszych wrogów. Mówiąc o Trzeciej Rzeczypospolitej Stanisław Michalkiewicz zaznajomił słuchaczy z ukrytymi intrygami „Okrągłego Stołu”, planowanymi jeszcze w stanie wojennym, poprzez negocjacje podziemnej lewicy laickiej z generałami Kiszczakiem i Jaruzelskim, które doprowadziły w konkluzji do uwłaszczenia nomenklatury komunistycznej i do utrzymywania wpływów post-komunistów w Polsce. Rezultatem tego stała się powszechna korupcja, skandale polityczne i gospodarcze, stale rosnące zadłużenie Polski za granicą, obezwładnienie prawicy i odsunięcie właściwych ludzi od kierowniczych stanowisk. Obecna prezydentura Lecha Kaczyńskiego jest próbą zbudowania Czwartej Rzeczypospolitej poprzez oczyszczenie, ujawnienie i lustrację współpracowników byłego reżimu i odsunięcie ich od kierowniczych stanowisk.
„Jak jest trudno – sami państwo widzicie” – powiedział na zakończenie Stanisław Michalkiewicz. „Ale ta walka musi być wygrana. Rzeczpospolita nie jest tylko naszą własnością, nas którzy żyjemy dziś. Polska jest wspólną własnością wielu pokoleń, tych którzy byli przed nami i tych którzy idą po nas. Etos Rzeczypospolitej Polskiej, budowany przez 1000 lat z okładem, jakże często kosztem niewysłowionego trudu, cierpienia i krwi przez naszych ojców i praojców, musi przetrwać w swej nieskłamanej tożsamości dla naszych dzieci, wnuków i prawnuków…”
|
|
Pracujący małolat
Miliony dzieci i nastolatków pracuje. Nikt jednak o nich w gazetach nie pisze, bo nie mieszkają w Polsce, ani w Afryce, a w USA. Okrutny, zdaniem niektórych, los amerykańskich dzieci ze średnio zamożnych rodzin nikogo nie obchodzi.
Zaraz, zaraz. Coś tu jest chyba nie tak. Dzieci te pracują przecież podobnie jak ich polscy rówieśnicy, którzy zbierają makulaturę albo latem sprzedają jagody pod lasem. Polskie dzieci może nawet pracują ciężej i poświęcają na to więcej godzin. Za to tylko te drugie zasługują wg niektórych mediów na miano „małych niewolników“. Amerykańskie dzieci, to głównie młodzież kilkunastoletnia pracująca w niepełnym wymiarze czasu, głównie w czasie wakacji tj. wtedy, kiedy i tak rodzice generalnie nie wiedzą, co z nimi zrobić i często same wybierają sobie zajęcia. I nie są to zajęcia ponad własne siły. Zwykle praca w sklepie czy przy opiece nad dziećmi.
Czy praca nieletnich jest złem?
Jeśli dziecko ma dziesięć lat i pracuje, bo jest biedne, zasługuje na litość (i to nie tylko mediów). I nieważne, że nie pracuje ciężko i, zajmuje mu to niewiele czasu, a czasem nawet nieźle się przy tym bawi. „W dzień chodzę do high school, a wieczorami pracuję po 3 godziny w sklepie sieci Stop&Shop. Stoję przy kasie. Praca nie jest ciężka. Lubię ją, bo mam do czynienia z wieloma ludźmi. Bywają dni kiedy mam dobrą zabawę. Zwłaszcza wtedy, jak są jakieś przeceny. Niektórzy zachowują się zabawnie” – mówi 17-letnia Kathy L., która ma zamiar w przyszłym roku studiować marketing. Pochodzi z dość zamożnej rodziny i jak twierdzi pracuje, bo to jej daje satysfakcję. Ma też swoje ekstra kieszonkowe.
Czy więc można postrzegać pracę nieletnich jako zło samo w sobie? (Byłabym zapomniała – praca uszlachetnia. Skąd my to znamy?) Jeśli zatem nie żal nam tych amerykańskich dzieciaków, to znaczy, że nie krytykujemy. Ktoś zaraz powie, że istotnie nie ma co nad nimi ronić łezki, bo takie dzieci jak Kathy nie muszą pracować, za to te biedne muszą. W USA rodzice tego od dzieci niejako wymagają. Do tego dochodzi tzw. presja społeczna, bo pracować wypada i to już od najmłodszych lat. Należy też poznać wartość pieniądza. Jeśli zaś chodzi o biednych nastolatków z Polski, to pracować by mogli, ale nie zawsze tego chcą. Zdarza się, że wolą złapać jakieś zajęcie zamiast być w szkole. Od szkoły (gdzie się z nich śmieją i traktują jak pariasów) uciekają do pracy. Dzieci te mają więc do wyboru albo pracę, albo niekiedy biedę. Niepokoi jednak fakt ciężkiej pracy niewolniczej dzieci, co ma miejsce niemal na całym świecie. Światowe organizacje zajmujące się dziećmi zdają się wiedzieć lepiej - walcząc z niewolnictwem pracy nieletnich, chcą część z nich skazać na niewolnictwo biedy.
„Kto najwięcej zarobi, ten szkole wygrywa“
Mały Amerykanin, Colin, nie ma nawet siedmiu lat, ale puka do drzwi swoich sąsiadów, aby sprzedać słodycze z katalogu. „To dla szkoły“ - mówi. Mamy w szkole taki konkurs, kto najwięcej zarobi, ten w szkole wygrywa. Sprzedałem dziś już siedem czekoladek“. Inne dzieci w podobnym do niego wieku sprzedają w lecie lemoniadę, stawiając na swoim podwórku własne stoiska. W zimie, np. skautki i skauci sprzedają ciasteczka albo tradycyjne wieńce, które Amerykanie wieszają na drzwiach domów z okazji Bożego Narodzenia. W wielu przypadkach praca dla tych małych dzieci zorganizowana jest odgórnie przez szkołę albo organizacje, do których amerykańskie dzieci należą masowo.
Praca nieletnich w USA reguluje Fair Labor Standards Act, który określa granice wieku poszczególnych rodzajów prac (np. minimum 16 lat do pracy w sektorze nierolniczym), wynagrodzenie, a nawet czas rozpoczęcia pracy i oczywiście rozmaite kary za nieprzestrzeganie zasad. Czternasto- i piętnastolatki mogą pracować legalnie, ale pod pewnymi warunkami: nie więcej niż trzy godziny w dniu szkolnym i nie więcej niż 18 godzin w szkolnym tygodniu, za to osiem godzin w dniu wolnym od szkoły, nie więcej niż 40 godzin w tygodniu, w którym nie chodzi się do szkoły (nawiasem mówiąc, ciekawe, jak te regulacje odnoszą się do uczących się w domu, dla których różnica pomiędzy tygodniem szkolnym a nieszkolnym jest bardzo płynna). Praca tych dzieci nie może mieć miejsca ani przed 7.00 rano, ani po 19.00 wieczorem, chyba że będą one pracować w sektorze rolniczym. Wyjątków jest wiele, do tego pojawiają się różnice na poziomie stanów.
Babysitting - od lat jedenastu
Według Amerykańskiego Czerwonego Krzyża, trzeba mieć 11 lat, aby móc samodzielnie opiekować się dziećmi. Dotyczy to nie tylko nastoletnich dziewcząt, ale i chłopców. Najlepiej zresztą tych młodszych (czyli bliżej granicy lat 11), gdyż jak głosi „podwórkowa opinia“ - starsze nastolatki mają już swoich chłopaków czy dziewczyny, więc zamiast opiekować się dzieckiem, będą non stop rozmawiać przez telefon ze swoją „połówką“. Młodzi ludzie zdają sobie kursy Czerwonego Krzyża, organizowane np. przez Community Center), w Internecie (za $17,5, zgoda rodziców jest wymagana, np. tutaj www.babysittingclass.com) albo pożyczą sobie książkę z biblioteki i już mają niezły fach w ręku. Umiejętne opiekowanie się dzieckiem to niezła forma zarabiania. Rynek opiekuńczy nigdy się nie skończy, bo dzisiejsze kobiety pracują zawodowo poza domem. Idą więc do pracy, aby zarobić na opiekunki do dzieci.
Kiedy młody Amerykanin skończy lat trzynaście, może roznosić gazety (oznacza to, że będzie jeździć na rowerku - prawo jazdy dopiero od lat 16 i wstawać... zapewne wcześniej niż o 7.00 rano), pracować jako statysta albo w firmie lub na farmie swoich rodziców. W firmie nauczy się obsługiwać kserokopiarkę, faks, organizować papiery, odpowiadać na listy oraz masę innych rzeczy w zależności od specyfiki firmy. Podobnie wielu użytecznych rzeczy nauczy się na farmie.
A kiedy młodemu Amerykaninowi stuknie 14 lat, może on pracować w zasadzie w każdym biurze, sklepie każdego rodzaju, restauracji, kinie, na stacji benzynowej albo w lunaparku. Pracujący czternastolatek może naprawdę zawojować świat.
Kiedy ukończy 16 lat może zrobić prawo jazdy i pracować praktycznie wszędzie - z wyjątkiem miejsc uznanych za niebezpieczne przez amerykańskie ministerstwo pracy (chyba, że ma się tam odbyć staż związany ze szkołą). Kiedy Amerykanin ukończy lat 18 pracuje oczywiście, gdzie chce i jak długo ma ochotę.
Oprócz rynku oficjalnego mamy też szarą strefę, w której dzieją się rzeczy najciekawsze. Dzieciaki zakładają swoje własne nieformalne firmy oferujące wszelakie usługi: koszenie trawy, podlewanie ogródka, malowanie płotu, sprzątanie, wyprowadzenia psa, zajmowanie się zwierzętami w czasie wakacji, wykonywanie wszelkich prac dla super zajętych ludzi (choćby stanie w kolejach w urzędach w Waszyngtonie, DC, czyli królestwie biurokratów), mycie samochodów, uczenie ludzi starych obsługi komputerów, sprzedawanie rzeczy wykonanych przez siebie, odśnieżanie, lekcje prywatne różnego typu, projektowanie stron internetowych i inne usługi związane z komputerem.
Zakaz czy nakaz?
Mówi się, że w USA ludzie żyją, aby pracować i jest w tym część prawdy. Pracują tam dzieci, młodzież i studenci, tym samym ucząc się życia dorosłych. Pracują też bardzo starzy (przy pakowaniu zakupów, jako wolontariusze w muzeach etc.). Wszyscy pracują, kto tylko może i chce...Gdyby tak chciano pracować w Europie, a zwłaszcza w Polsce! Ciągle bowiem za mało jest płatników, a europejskie rządy nie rezygnują z pomysłów niańczenia własnych obywateli prawie w każdej dziedzinie życia. Na to potrzeba przecież pieniędzy. Jednak odgórne wprowadzanie obowiązku pracy młodocianych w Polsce szybko nam nie grozi. Obecnie praca nieletnich w Polsce nie jest społecznie akceptowana i zdarza się, że ktoś tu i tam na policję zadzwoni, widząc dzieciaki myjące szyby samochodowe. W lepszym wypadku ofuknie „dziwaczny eksperyment wychowawczy“.
Nie ma większego znaczenia, czy ktoś z „prawa“, czy „z lewa“. Panuje u nas wizja zamykania dzieci w odrealnionych szkołach. Dzieci mają być z rówieśnikami i uczyć się wiedzy książkowej klepanej przez nauczycieli. Wrzuca się je więc celowo do szkół na tak długo jak się da, aby opóźnić wejście na rynek i nie powodować wzrostu bezrobocia. Dzieci mają się uczyć, pracować mają później (z drugiej strony zaprasza się je do pracy w dziecięcym parlamencie!!!). Problem tylko z tym, że czasem jakoś im w tym szukaniu pracy nie idzie, a jeszcze gorzej z zakładaniem własnych firm. Miliony ludzi do lat 25 nawet się konkretnej pracy dłużej nie przyglądały (chyba, że pracy nauczyciela i nie darzą jej zbytnią estymą), nie mówiąc już o wykonywaniu różnych dorywczych zajęć. Nie mają pojęcia o tym, że istnieją jakieś podatki, które znacznie uszczuplają ludziom zarobki. Może więc o to właśnie chodzi, aby dzieciom oszczędzić frustracji i pozwolić im żyć jak najdłużej w błogiej nieświadomości? Sztuczne i masowe przedłużanie dziecięcej beztroski ma swoje szerokie konsekwencje mierzone stopniem przygotowania do dorosłego życia. Szkoły kończą zastępy młodych ludzi uzależnione od życia na garnuszku rodziców albo/i od rządowej niańki, zastępy tych, którzy może i chcieliby na siebie zarobić, ale nie potrafią. Albo tych, którzy nie potrafią sobie wyobrazić, jak tak naprawdę chcieliby zarabiać.
Jak więc ocenić fakt, że miliony młodocianych pracuje? Czy więcej wypływa z tego faktu korzyści czy więcej w tym jest zła?
|