O nas
reklama w Tygodniku Polonijnym
Reklama w Tygodniku
Prenumerata Tygodnika
Archiwum Tygodnika
Galeria Tygodnika
Nasi Sponsorzy
Ksiegarnia Tygodnika
Skontaktuj sie z nami
2007
Drodzy Czytelnicy,
Aż trudno uwierzyć, jak ten czas szybko leci! Właśnie mija 18 miesięcy od ukazania się pierwszego wydania naszego pisma. Na przestrzeni tego czasu nasze pismo kształtowało się, nabierało charakteru, rozwijało się. I rozwija nadal. Nad jego jakością pracujemy bowiem każdego dnia. Pragniemy, by służyło naszym rodaków, którzy uwili sobie gniazdko w Ameryce i czyniło ich życie łatwiejszym, przyjemniejszym i piękniejszym.
Nr 56 1-23-2007
Gość „2TP"
Miłośniczka sportów ekstremalnych

Mama z dzidziusiem
Z supermaratonistką Alicją Chrzest-Barahona z Nowego Jorku rozmawiała Yola Naklicka- Nash.
Pani Alicjo, z okazji 10-lecia swojej sportowej kariery, wzięła Pani udział w kolejnym supermaratonie „Trans 555”, pokonując trasę 610 km przez piaski Sahary. I wywalczyła Pani pierwsze miejsce w kategorii kobiet!
W grudniu 2006 r. wzięłam udział w kolejnym, jak go określam, piekielnym liczącym 610 km maratonie na Saharze. Było gorąco, jak w piekarniku. Tylko 29 biegaczy odważyło się wziąść udział w tym biegu non-stop na trasie Bilma - Agadez, w Nigerii. Wielu z nich nie ukończyło zawodów. Śmiałam się, bo przechrzczono mnie na gazelę. Okazało się, że jako jedyna przebiegłam całą trasę samotnie. Wszyscy inni, a było nas łącznie 29 zawodników, biegli w grupach 2-3-osobowych. Zdobyłam pierwsze miejsce w kategorii kobiet. Podobno należała mi się również pierwsza lokata w kategorii ogólnej, czyli kobiet i mężczyzn, bo jeden z zawodników Włoch Pasqual Brandi używał niedozwolonych metod aby wygrać. Obecnie prowadzone jest dochodzenie wyjaśniające. Oprócz piasku, niezliczonej ilości wydm i kilku karawan nic więcej nie można było tam zobaczyć. Chyba, że fatamorganę. Warunki atmosferyczne był trudne - wysokie temperatury w ciągu dnia i bardzo zimne wiatry nocą. We znaki dawały się również częste burze piaskowe, które uniemożliwiły oddychanie. Walczyłam z bólem stóp, otarciami, ogromnymi pęcherzami i problemami z żołądkiem. Kilkakrotnie nocą błądziłam po pustyni pokonując miałki i głęboki piach, po którym z trudnością można było się poruszać. Innym razem pokonywałam kamienne zbocza gór i pagórków, gdzie jeden niewłaściwy krok może kosztować złamanie nogi lub karku. Szczególnie przy tak skąpym świetle miniaturowej latarki umieszczonej na czołowej części nakrycia głowy. Jestem niezmiernie wdzięczna Robertowi Krasowskiemu z AnchorSat (NC) za udostępnienie mi telefonu satelitarnego do komunikacji w razie zagrożenia życia. Na szczęście nie było potrzeby użycia go...

Pani Alicjo, bieg na 610 kilometrów przez pustynię wymaga ogromnego wysiłku. Skąd tyle siły w takim szczupłym, drobnym ciele?

Ekstremalne biegi długodystansowe nie przyciągają wielkiej ilości zawodników, gdyż są to zawody wymagające, tzw. końskiej kondycji. Rywale są istotni, ale największym przeciwnikiem jest natura: skwar słońca na pustyni lub zamrażalnikowa temperatura na Alasce. Większa część Alaski zimą wygląda jak biała pustynia. Czyhają tu na nas wilki, wichury śnieżne i ukryte, jak pod śnieżnym kocem, nie zamarznięte części rzek, po których prowadzi trasa. Na piaskowej pustyni są skorpiony, jadowite żmije, bardzo niebezpieczne burze piaskowe i ciągły brak wody. Myślę, że źródło powodzenia nie tkwi jedynie w sile fizycznej, lecz głównie w psychice. Jakkolwiek, mieszkając w Nowym Jorku dużo biegam. Codziennie pokonuję trasę liczącą 20 do 40 mil, by przygotować swój organizm do takiego maratonu. Moje ekstremalne hobby zawiodło mnie już w bardzo odległe miejsca na świecie – na Saharę, Alaskę, w Himalaje, do Indii i wielu innych miejsc. W biegach długodystansowych uczestniczą ludzie w wieku 35 do 50 lat. I choć nie ma limitu wiekowego (mam kolegę, który ma 71 lat i nadal biega.), to zawody te nie są dla ludzi bardzo młodych, gdyż ich organizmy nie są jeszcze dobrze ukształtowane. Podczas zawodów zbieram pieniądze na organizację „Memory4Life”, zwalczającą chorobę Alzheimera, na którą zmarł mój sąsiad.

Skąd akurat zamiłowanie do sportów ekstremalnych? I co na to Pani mąż?

Podczas ekstremalnych zawodów długodystansowych po wydmach i w skwarze pustynnego słońca, odkrywa się w sobie możliwości fizyczne i psychiczne sięgające niewiarygodności ludzkiej. Jest to próba zmierzenia się z samym sobą, a także z naturą i z innymi zawodnikami. Uważam, że dopóki żyjemy na nic nie jest za późno. Nauczyłam się pływać, gdy miałam 30 lat. Mam nawet licencję płetwonurka z przeszło stu zejściami pod wodę. Po wodnych zainteresowaniach przeszłam na jazdę na rowerze i narty biegowe. Kiedyś szalałam na nartach zjazdowych. Mieszkałam wtedy w Kitchener-Waterloo (Kanada). Później był tenis, no i ostatnio moją namiętnością są biegi długodystansowe. Czym trudniejsze warunki, tym większym są dla mnie magnesem. Mój mąż Francisco pochodzi z Chile. Jest bardzo dobrym matematykiem i też lubi sport. Gdy któregoś dnia powiedziałam mu, że chcę wziąść udział w zawodach na pustyni, ale mam pewne obawy, odpowiedział: „Jeśli chcesz to zrobić to zrób to. Żyj pełnią życia. Lubisz biegać, więc biegaj!” Pobiegłam więc. Mąż przebiegł też kilka maratonów. Czasami wita mnie na mecie, jeśli jest ona w jakimś zamieszkałym miejscu. Był w Erfound (Maroko), w Petra (Jordania) i na Alasce. Zwycięzcy supermaratonów nie otrzymują żadnych nagród pieniężnych. Sport ten nie jest jeszcze dobrze rozpropagowany. Mam nadzieję, że wkrótce to się zmieni. Obecnie jestem nie tylko zawodnikiem, ale i swoim sponsorem i trenerem.

Co jest najtrudniejsze na trasie? Halucynacje?

Najbardziej dają w kość skrajne temperatury - od plus 50˚C do minus 50˚C - w zależności, gdzie odbywają się zawody. Na przykład na Saharze w swoim ekwipunku muszę dźwigać litry wody i okrycie na całodzienny skwar, a na zimne noce szalik, rękawice, ciepłą kurtkę i śpiwór. Dokucza też samotność, walka ze sobą aby nie zasnąć, pragnienie, ból towarzyszący zmęczonemu ciału, strach przed skorumpowanymi tubylcami i bandytami. I halucynacje. Każdy kto brał udział w takim maratonie wie o czym mówię. Okropne zmęczenie jakiego doświadczamy podczas maratonu, powoduje halucynacje. Są one obrazami tak rzeczywistymi i tak wiele ich pamiętam, że mogłaby powstać z tego książka. Najciekawsze są halucynacje w halucynacjach tj. jak sen we śnie. Z powodu dużego pragnienia miałam halucynacje... o wielkich cysternach stojących w szeregu, ale co ciekawe - bez wody. Widziałam piękne zielone drzewa na Saharze lub też kwitnące gaje, doliny, skaczące przeogromne białe króliki i inne zwierzęta. Najciekawsze jest to, że wiemy iż to halucynacja, a w dalszym ciągu odbieramy ten świat jakby był realny.

Co Pani robi, żeby nie zabłądzić na pustyni piaszczystej czy śnieżnej?

Jak jest z odpoczynkiem i snem? Biegnie się wg sygnału GPS, od punktu kontrolnego do punktu kontrolnego. Takie punkty w zależności od biegów znajdują się w odległości od 20 km do 140 km. Na pustyni punkty te są od siebie oddalone ok. 25 km. Zwykle jest to samochód terenowy. Można położyć się pod nim, bo jest cień, przespać godzinkę. GPS-y nie działają podczas burz piaskowych. Na Alasce, na trasie Iditarod, schroniska są rozmieszczone w olbrzymich odległościach od 50 km do 140 km. Podczas zawieruchy śnieżnej najlepiej jest zabiwakować w śpiworze. Należy mieć ze sobą bardzo dużo baterii, gdyż w niskiej temperaturze szybko się wyładowują. Ultra-maraton to nie spacer przez park. Jest to sport ekstremalny, który podlega ekstremalnym regułom. Jeśli pragnie się wygrać to odpoczynek musi być jak najkrótszy. Stąd halucynacje, powodowane wyczerpaniem fizycznym i brakiem snu. Podczas biegu mam okazję oglądać karawany. Widziałam kiedyś karawanę liczącą 1000 wielbłądów. Przewoziła sól z Bilmy. Gdy w nocy mijam jakąś odpoczywającą karawanę, dociera do mnie przeżuwanie wielbłądów i chrapanie zmęczonych Arabów. Czasem boję się, że pustynni tubylcy zareagują agresją na widok kobiety ubranej w krótkie spodenki i T-shirt, ale na szczęście do tej pory nie zaznałam żadnej, nawet najmniejszej nieprzyjemności z ich strony. Podczas biegu śpiewam i rozmawiam sama ze sobą. Wszystko po to, aby nie zasnąć i aby skupić swoją uwagę na czymś innym niż zmęczenie i ból. Biegając na kilku kontynentach, czuje się Pani obywatelką świata. Za swoje sukcesy w biegach otrzymała Pani liczne wyróżnienia. Lubię się przemieszczać. W Polsce też zmieniałam miejsca (jak cyganka). W 1981 roku wyjechałam na roczną wymianę do Kanady. Byłam tam 10 lat. Później zapuściłam korzenie w Ameryce Północnej, w NY i nadal, co jakiś czas, „przenoszę się” w różne strony świata, biorąc udział w biegach. Każdego roku odwiedzam Polskę, szczególnie Piotrków Trybunalski i Suchą Beskidzką, z którymi jestem bardzo związana przeszłością. Dzięki zawodom, w których biorę udział, mam możliwość poznawania zakątków, do których turyści nigdy nie trafiają. Kilka razy udało mi się wygrać zawody. Tak było w Trans 555 km (Nigeria), w Trans 550 km (Alaska), Trans 333 km (Mauritania) i 24-godzinne biegi (Wakefield, MA). Mam długą listę wygranych wśród kobiet (od 50 km aż do 550 km).W 2005 r. otrzymałam specjalne odznaczenie za swoje osiągnięcia. Project Legacy w kategorii „CAN-DO Spirit”, nazwał mnie „Outstanding Contemporary Woman in Business”. Nagrodę tę otrzymały zaledwie 24 kobiety w USA. Oprócz tego w 2006 r. prestiżowy klub biegaczy, do którego należę, „Ultra Broadway Society”, uhonorował mnie tytułem „Hall of Fame Honors & Inducts”.

Gratuluję! A jakie ma Pani plany na przyszłość?

Chcę rozpropagować swoją charytatywną działalność dla „Memory4Life”. Poza tym wiele osób prosi mnie o napisanie książki. Jestem pełna wigoru i pomysłów. Tak się składa, że nie liczę swoich lat, dzięki czemu nie zamykam siebie w jakiejś statystycznej szufladzie. Kiedyś mówiło się, że pięćdziesięciolatek to okropnie stary człowiek. Teraz patrzy się na to inaczej. Moja rada: spróbuj zanim powiesz „nie mogę”. Gdybym w 1996 nie spróbowała biegania, nigdy bym nie wiedziała, ile radości może mi ono przynieść. Muszę teraz jednak trochę popracować, bo rozpoczęłam właśnie nową pracę. Czy wybieram się na następny supermaraton? Pęcherze na stopach już się zagoiły, odzież nie spada ze mnie, więc fizycznie jestem gotowa.

Dziękuję za rozmowę.

Opinie
Feminizm

Ruch na rzecz równouprawnienia kobiet, w swym początkowym okresie, miał bez wątpienia szczery zamiar poprawy bytu kobiet. Walka o kobiecą godność, wykształcenie, czy równą z mężczyznami płacę za wykonywaną taką samą pracę, była godna podziwu i szacunku.

Mama z dzidziusiem

Feminizm, to wśród „oświeconej” lewicy temat sztandarowy, choć kontrowersyjny. Feminizm, to ruch podobny do działalności ekowojowników z „ochrony środowiska”, a wyrosły dzisiaj z tych samych kręgów, w których zrodziła się nowo-mowa, powszechna bezgraniczna tolerancja, czyli polityczna poprawność. To działalność oświeconej grupy soc-liberałów, zajadłych wrogów naturalnego porządku, Kościoła katolickiego i wszystkich form oraz postaw normalnych ludzi, czyli według nich „ciemnogrodu”.

Dzisiaj obowiązującym eufemizmem jest określanie pewnych zjawisk społecznych, niewiadomo, z jakiego powodu innymi, nowymi określeniami, np. alkoholizm, nie jest chorobą, lecz nałogiem, homoseksualizm, nie jest zboczeniem, lecz preferencją seksualną, siedzący w więzieniu nie jest więźniem, lecz osadzonym, bandyta, który na meczu piłki nożnej ciężko rani drugiego człowieka, zwany jest pseudokibicem, a inwalida, to dzisiaj sprawny inaczej, itp.

Feminizm, to także zjawisko społeczne, to okresowy temat pierwszych stron gazet i TV w okresie szczególnego napięcia politycznego, skandali politycznych lub ofensywy wyborczej soc-liberałów. Jest to więc temat nie byle jaki i biada wszystkim, którzy pozwalają sobie na żarty. Tacy ludzie, to nietolerancyjni, po prostu źli, to heretycy, którzy okrzyknięci zostają oszołomami, wrogami kobiet, szowinistami, fanatykami itp.
Wyzwiska takie zawsze towarzyszą wszelkiej dyskusji o feminizmie lub wręcz ją uniemożliwiają, są najczęściej skutecznym narzędziem walki politycznej, w której stroną broniącą się są ci niepoprawni politycznie, nienowocześni.

Feminizm, nie uznaje krytyki. Chyba oczywiste jest, że dziennikarz, który np. krytykuje postawę rządu izraelskiego, nie może być uznany za antysemitę; każdy, kto potępia ruchy i cel działalności „Greenpeace” nie jest wrogiem Matki Ziemi, lub ten, który opowiada się przeciwko nadmiernym podatkom i wydatkom z budżetu państwa na cele społeczne, nie jest za pauperyzacją społeczeństwa. To przecież jest bez sensu, a jednak to właśnie jest ten styl uprawiania propagandy.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że np. taka pani Jaruga-Nowacka, była minister(!) w rządzie p. Millera, feministka na stanowisku, przypisuje sobie prawo reprezentowania wszystkich kobiet w Polsce.
Feminizm wreszcie, zdaniem Rusha Limbaugha, publicysty amerykańskiego, jest także ruchem kobiet rozgniewanych, buntujących się z różnych powodów wobec swego losu. Wiele z nich nienawidzi mężczyzn, instytucji małżeństwa, rodziny i obowiązujących w niej relacji między mężczyzną a kobietą. Miłość i potrzeba mężczyzny, są dla nich czymś kompromitującym i poniżającym. Krótko mówiąc sprzeciwiają się, obowiązującemu od wieków, systemowi wartości. Wcale im nie chodzi o jakiekolwiek równouprawnienie. Nie chodzi im o wyrównywanie szans kobiet. Wojujące feministki walczą o „nieodwracalną alienację kobiet od mężczyzn, chcą udowodnić, że nie potrzebują mężczyzn, że nie powinny ich pożądać, a prawdziwe spełnienie i pełnię szczęścia mogą posiąść bez udziału męża. One walczą o władzę.”

Jedna z największych światowych przywódczyń na rzecz kobiet powiedziała: „Skoro wiadomo, że dla kobiety małżeństwo jest formą niewolnictwa, ruch feministyczny musi się skoncentrować na walce z instytucją małżeństwa. Kobieta nie może być wolna, bez obalenia tej instytucji”! Kto wie, że małżeństwo, to niewolnictwo? Kto tak twierdzi?
W amerykańskim piśmie Krajowej Organizacji Kobiet, w styczniu 1998 r., ta sama dama powiedziała: „Jest niewątpliwym faktem, że dla osiągnięcia pełni kobiecości, kobieta powinna być lesbijką.” To ciekawe!

Mężczyzna i kobieta, stworzeni zostali w ściśle określonym celu i do realizacji tych celów, zostali przez Stwórcę przystosowani. Każdy ma do spełnienia określoną rolę, a zachowanie kobiety, jak i zachowanie mężczyzny zostało zdefiniowane przez samego Stwórcę.
Te panie, które podważają sens własnego stworzenia, te wszystkie agresywne bojowniczki o równouprawnienie kobiet głoszą, że tym, co trzyma je w zacofaniu jest miłość do mężczyzny i potrzeba bycia przy nim i z nim. Ta potrzeba i tradycyjna rola kobiety powoduje, że stała się ona niewolnicą mężczyzny. Stąd już tylko krok, do wypaczenia roli kobiety i pełnej, wręcz oficjalnej agresji, która dzisiaj, w krajach zachodu, poraża mężczyzn strachem, a przejawia się posądzeniem o molestowanie seksualne.

Skrajnym przykładem, jak pisze Lambaugh, jest normalny komplement typu: „ładnie pani dziś wygląda”, który przez kobietę uznawany jest za przejaw spragnionego żądzy, prymitywnego samca i wywołuje reakcję typu:, „dlaczego nie zwracasz uwagi na mój intelekt, ty świnio”. Dochodzi do tego, że mężczyźni już nie wiedzą, jak powinni zachowywać się względem kobiet – czy powinni puszczać kobietę pierwszą, czy powinni otwierać kobietom drzwi, czy mogą iść obok na ulicy itp.

Dotychczasowa działalność walczących o „równouprawnienie” organizacji kobiecych, opanowana jest obsesyjnie przez dwie sprawy – prawo do aborcji i prawa dla lesbijek. Ich zdaniem, aby kobieta była szczęśliwa, nie potrzeba mężczyzny. Ostatecznym celem jej wyzwolenia spod władzy mężczyzny, jest właśnie aborcja. Nawet więcej – aborcja jest przejawem władzy nad mężczyzną.
Skoro mężczyzna – mówi amerykański publicysta – został pozbawiony prawa decydowania o tym, co stanie się ze znajdującym się w łonie kobiety życiem ( a płód, ich zdaniem, jest tylko tkanką) jego rola została pomniejszona. Stał się nikim.

Konsekwencją takiej postawy, jest przekonanie całego „cywilizowanego” świata, że powodem nieszczęścia kobiet jest dziecko, którego wychowanie spoczywa na barkach kobiety i tym samym przeszkadza w karierze zawodowej. Tak więc, starają się żyć jak mężczyzna ( nawet w wojsku szukając równości) oszukując siebie, że nie ma żadnych naturalnych różnic między obiema płciami, a urodzenie dziecka przesuwają na bliżej nieokreślony czas.

Jeśli już więc kobieta musi wychowywać dzieci, to przecież mężczyzna jest do niczego nie potrzebny; no, może tylko do samego aktu zapłodnienia, lub wręcz jako producent plemników. Dalej same sobie poradzą, a jeśli nie, to pomoże opiekuńcze państwo. I w ten właśnie sposób, co podkreśla Lambaugh, pomoc społeczna przejmuje rolę ojca, a mężczyzna, odpowiedzialny dotąd za rodzinę, został pozbawiony męskości. W naszej rzeczywistości pomoc ta jest szczególnie niewystarczająca, więc walka ukierunkowuje się na prawne zabezpieczenie sobie funkcji w strukturach władzy i innych odpowiedzialnych stanowiskach decydujących, między innymi, o zatrudnieniu, rodzaju pracy i związanym z tym uposażeniu. Konsekwencją takiej postawy jest gwałtowny wzrost ilości nieślubnych dzieci i zniszczenie tradycyjnej, zdrowej rodziny. Takie wychowanie dzieci, to soc-liberalne tworzenie nowoczesnego, „postępowego” społeczeństwa, czyli politycznie poprawnego.

Mimo wszystko, coraz więcej kobiet dostrzega, że dzieci wychowywane w pełnej rodzinie, przez matkę, znające ciepło i bezpieczeństwo rodzinnego domu, są wychowywane lepiej, są psychicznie zdrowsze. Obecność pełnej rodziny wzmacnia jej kondycję i więzi na całe życie, a rolą kobiety jest łagodzić napięcia i stać na straży wzajemnej miłości i uczyć jej dzieci, a nie niszczyć.

Feministki, z jednej strony upierają się, że miedzy kobietami, a mężczyznami nie ma żadnej różnicy, z drugiej zaś domagają się jak najwięcej uprawnień i przywilejów, niezbędnych w realizacji ich potrzeb. Lambaugh zastanawia się, jak to właściwie jest – skoro kobiety są identyczne z mężczyznami, to, w jaki sposób mogą mieć specjalne potrzeby?
Czyż więc postawa i walka feministek nie jest podobna do walki ekowojowników o czystość środowiska? Moim zdaniem, ruch dzisiejszych nowoczesnych feministek, podobnie jak niektórych organizacji ekologicznych, to wprowadzanie do społecznego i państwowego życia skompromitowanych i nieludzkich form socjalizmu. To wygodne życie niektórych na koszt społeczeństwa.
Jeśli wszyscy to zrozumiemy, jest nadzieja na położenie zapory tym, szkodliwym społecznie ruchom.
Andrzej Ruraż-Lipiński

Home | O nas | Numer bieżący | Reklama | Prenumerata | Archiwum | Galeria | Księgarnia | Kontakt