O nas
reklama w Tygodniku Polonijnym
Reklama w Tygodniku
Prenumerata Tygodnika
Archiwum Tygodnika
Galeria Tygodnika
Nasi Sponsorzy
Ksiegarnia Tygodnika
Skontaktuj sie z nami
2006
Drodzy Czytelnicy,
Oddajemy w Państwa ręce kolejny numer „2Tygodnika Polonijnego”. Znajdą w nim Państwo wiele interesujących artykułów, opinii i felietonów. Poruszają one szerokie spektrum tematów i ważne dla nas sprawy, jak choćby kwestię słabej pozycji politycznej Polonii w amerykańskim społeczeństwie. Priorytetowym zadaniem naszego magazynu jest służenie Polonii, leży więc nam na sercu, by była ona silna, zjednoczona i cieszyła się należnym jej prestiżem wśród Amerykanów. Zastanówmy się, w jaki sposób możemy poprawić wizerunek polskiej społeczności w USA. Czekamy na Państwa opinie i sugestie w tej sprawie.
Nr 49 10-17-2006
Gość specjalny 2TP
Kucharz z powołania

Mama z dzidziusiem
Z kuchmistrzem i właścicielem „Karczmy Polskiej” w Garfield, Andrzejem Kwietniem rozmawiał Dariusz Serwach.

Proszę przedstawić się czytelnikom „2TP”.
Urodziłem się w Goleniowie pod Szczecinem. Prawie całe moje życie związane jest z tym portowym miastem. Mój ojciec pracował jako kapitan na barce rzecznej. Jako dziecko i młody chłopak często z nim pływałem. Nauczył mnie wówczas łowić ryby i stało się to moim ulubionym zajęciem.
Skąd zatem wzięło się zainteresowanie gotowaniem?
Już w szkole podstawowej wiedziałem, że chcę uczyć się zawodu kucharza. I tak się stało. Po ukończeniu „podstawówki” poszedłem do Szkoły Gastronomicznej w Szczecinie. Ukończyłem technikum ze specjalnością technik technolog żywienia zbiorowego. Ten skomplikowany tytuł oznacza dietetyka i kucharza w jednej osobie. Bardzo lubiłem chodzić do szkoły, a szczególnie na zajęcia praktyczne. Niestety, wiążą się z tym także bardzo przykre wspomnienia. Połowa mojej klasy spaliła się w czasie pożaru znanego szczecińskiego lokalu „Kaskada”. Uratowała się tylko jedna dziewczyna. Druga połowa mojej klasy, w tym ja, miała w tym dniu praktyki w stołówce Akademii Medycznej. Dodam, że praktyki odbywaliśmy w tych dwóch miejscach rotacyjnie. Gdyby pożar wydarzył się innego dnia mogło mnie już nie być na tym świecie.
Jaka była Pana pierwsza praca?
Po ukończeniu szkoły podjąłem pracę w pizzerii „Piccolo” w Szczecinie. Była to wówczas jedyna pizzeria w całym mieście, ciesząca się ogromną popularnością. Bywała w niej m.in. Beata Kozidrak z zespołu „Bajm”. Zbyt długo tam nie zabawiłem, gdyż zostałem powołany do służby wojskowej. Tam wykorzystano moje zdolności kulinarne. Najpierw pracowałem w kuchni żołnierskiej, a następnie w kasynie Pomorskiego Okręgu Wojskowego w Bydgoszczy. Osobiście gotowałem dla kadry dowódczej i wielu generałów, w tym Wojciecha Jaruzelskiego, choć nie jestem pewien, czy jest to powód do chluby. Po wyjściu z wojska przez wiele lat pracowałem jako kucharz w renomowanych restauracjach w Szczecinie, takich jak „Artystyczna” czy „Ryska”.
Czy są jakieś szczególne momenty w Pana karierze kucharskiej?
W tamtym czasie, za zaszczyt uznawałem pracę pod okiem jednej z najlepszych kuchmistrzyń w Polsce, pani Ireny Hańko. Wiele się od niej nauczyłem. Współpracowałem z nią w restauracji „Ryska” w czasie, gdy 4 razy z rzędu wygrywała ogólnopolski konkurs kulinarny „Złota Patelnia”. Uważam, że dobrzy kucharze znajdują się zarówno wśród mężczyzn, jak i wśród kobiet, choć przedstawiciele płci brzydkiej mają chyba bardziej wysublimowany smak, więc najlepsi kucharze świata są właśnie mężczyznami.
Jak trafił Pan do USA?
W Nowym Jorku mieszkała od lat moja siostra, więc w 2001 roku przyjechałem ją odwiedzić.. Po przyjeździe do USA podjąłem pracę jako kucharz w polskiej restauracji „Teresa” na Manhattanie, a następnie we włoskiej sieci „Mangia”. Dzięki koneksjom mojej siostry miałem też możliwość przygotowywania przyjęć dla bardzo znanych i bogatych Amerykanów. Po pół roku wróciłem do Polski, gdzie udało mi się dostać pracę w bardzo wytwornej szczecińskiej restauracji „Grand Cru”
Wiążą się z tym największe Pana osiągnięcia jako kucharza…
Tak, to prawda. „Grand Cru Club” to klub łączący restaurację, pub i dyskotekę ze stylowymi wnętrzami, w którym można delektować się potrawami ze wszystkich stron świata. Właściciel restauracji postawił na jakość usług, dlatego specjalizowaliśmy się w serwowaniu bardzo wykwintnych potraw dla prawdziwych smakoszy. W czasie, gdy tam pracowałem „Grand Cru” brała udział w ogólnoświatowym konkursie kulinarnym. Cały cykl trwał 3 lata. Najpierw startowaliśmy w polskiej edycji, którą wygraliśmy, a następnie w kulinarnych mistrzostwach Europy. Odbywały się one w Warszawie w Hotelu „Forum” i wzięły w nich udział restauracje z 12 europejskich krajów. Nasza restauracja wygrała ten konkurs i zakwalifikowaliśmy się do kulinarnych Mistrzostw Świata. Miały one miejsce w 2003 roku w Nantes we Francji. Do I etapu dopuszczono 24 drużyny z całego świata. Udało nam się zakwalifikować do II etapu, w którym wzięło udział już tylko 6 zespołów. W drugiej części należało przygotować pełny obiad. Przygotowany przez nas zestaw potraw był następujący: przystawka – bryza nantejska, krewetkowe capriccio z musem tuńczykowym w pierścieniu szparagowym, danie główne – rolada drobiowa w płaszczu z kapusty włoskiej z farszem borowikowym, skąpane w sosie winno-estragonowym. Na deser przygotowaliśmy „Czarną rozkosz” czyli mus czekoladowy z nadzieniem bananowym serwowany na pieczonej gruszce. Nasza restauracja zajęła ostatecznie III miejsce na świecie.
Ależ mi Pan narobił apetytu. Czy potrafi Pan przygotować te potrawy samodzielnie?
Oczywiście, nie tylko te, ale wiele innych i zamierzam z czasem wprowadzać je do menu mojej niedawno otwartej „Karczmy Polskiej” w Garfield, NJ.
Jak do doszło do otwarcia tego lokalu?
Przyjechałem ponownie do Stanów przed dwoma laty. Pracowałem w restauracji „Bożena” na Long Island, oraz „Staropolskiej” w New Britain, CT oraz Sali Bankietowej „Cristal Ballroom” w tym samym mieście. W styczniu 2005 r. wróciłem do Nowego Jorku i podjąłem pracę w restauracji ABC na Queens, a później pracowałem dla delikatesów „Golden Eagle”, „Piasta” oraz restauracji „The Victorian” w New Jersey. Przez cały ten czas myślałem jednak o otwarciu własnej restauracji. Uznałem, że mam wystarczająco dużo pomysłów i doświadczenia, by pracować na własną rękę. Wyznaję też zasadę, że my Polacy często żyjemy według zasady „cudze chwalicie, a swego nie znacie”. Mamy wspaniałe tradycje, pyszną kuchnię polską i powinniśmy tu w Ameryce je kultywować wśród rodaków i popularyzować wsród Amerykanów. W lutym tego roku dowiedziałem się, że w Garfield jest wolny lokal na restaurację i salę bankietową w dawnej „Polonii”. Lokal wymagał gruntownego remontu, jednak dzięki wsparciu siostry przeprowadziliśmy go sprawnie i „Karczma Polska” została oficjalnie otwarta 20 marca 2006 roku.
Jakie były początki?
Nadspodziewanie wspaniałe. Trafiliśmy na dobry okres, gdyż wiosną jest dużo różnego rodzaju imprez. Klienci dosłownie przychodzili do nas „drzwiami i oknami” i w pierwszych miesiącach mieliśmy non-stop jakieś imprezy. Nasi goście są z reguły bardzo mile zaskoczeni wystrojem wnętrz, ciepłą rodzinną atmosferą, ale przede wszystkim bardzo dobrym, pięknie podanym jedzeniem i przystępnymi cenami. Organizujemy imprezy na małej sali już od 5-10 osób, a na dużej od 50. W Sali Bankietowej mogą odbywać się przyjęcia okolicznościowe (wesela, komunie, chrzciny, graduation party, itp.) do 140 osób. Przygotowujemy także catering na imprezy poza naszą restauracją.
Karczma Polska” ma bardzo piękny wystrój wnętrz. Znajdują się w niej pamiątki ludowe oraz zdjęcia różnych polskich miejsc. Czy jest ona zatem przeznaczona wyłącznie do polskiej klienteli i czy można zjeść tam wyłącznie polskie dania?
Każdy bez względu na narodowość jest serdecznie witany. Mamy bardzo urozmaicone menu, w tym szeroki asortyment polskich dań. Szczególną popularnością cieszy się placek po zbójnicku – placek ziemniaczany z gulaszem wieprzowym z dużą ilością papryki kolorowej, pomidorów, czosnku i innych przypraw. Jednym z ulubionych dań zarówno Polaków jak i Amerykanów, jest kurczak w sosie Marshala. Niespodziewaną popularnością wśród naszych rodaków cieszy się typowo amerykańskie danie w polskim stylu – płonący stek szefa kuchni, podawany na pieczonym bakłażanie z zapiekanymi ziemniakami i z warzywami z grilla w sosie vinegrette. W naszej restauracji należną im rangę odzyskują tradycyjne polskie naleśniki, postrzegane przez wielu jako danie śniadaniowe dla dzieci. U nas jest to ulubiony przysmak wielu klientów, gdyż są podawane w sposób zapierający dech w piersiach i podrażniający kubki smakowe języka. Każdy, kto je smakuje po raz pierwszy, przy następnej okazji zamawia je ponownie.
Czy w Pana restauracji w najbliższym czasie będą odbywać się jakieś imprezy dla Polonii?

Tak, 28 października tego roku planuję zorganizować „Bal Halloween 2006”, na który serdecznie wszystkich zapraszam. Wstęp jedynie 30 dolarów od osoby. Obowiązuje jednak strój halloweenowy (śmiech!). Tego wieczoru będziemy serwować drinki po 2 dolary. Pragniemy także zorganizować zabawę andrzejkową i Bal Sylwestrowy. Mam bardzo dużo pomysłów, które stopniowo chciałbym realizować. Wiem, że lokal wymaga dalszych usprawnień, szczególnie na zewnątrz. Jesteśmy konkurencyjni w stosunku do innych lokali, z których korzystają Polacy. Znam bardzo dobrze rynek gastronomiczny wśród Polonii oraz gusta i oczekiwania Polaków i wiem, jak im sprostać. Panuje u nas ciepła, miła atmosfera. To co robię nie traktuje jedynie jako zawód. To moja życiowa pasja, sposób na pomaganie innym ludziom. Jestem kucharzem z zamiłowania i powołania, dlatego w każdy przygotowywany posiłek wkładam część mojego serca i duszy. Zapraszam więc wszystkich koneserów dobrej kuchni do „Karczmy Polskiej” przy 126 Ray Street w Garfield.
Dziękujemy za rozmowę i życzymy powodzenia.

Felieton
Dlaczego amerykańska
Polonia jest tak słaba?

Według spisu powszechnego z 2000 roku, w całych Stanach Zjednoczonych mieszka ponad 10 milionów ludności polskiego pochodzenia. Są oni obecni praktycznie we wszystkich stanach USA, a w kilku z nich Amerykanie polskiego pochodzenia reprezentują kilkuprocentową społeczność. Jesteśmy siódmą co do wielkości grupą etniczną w USA. Czy to przekłada się jednak w jakiś sposób na prestiż polskiej społeczności? Odpowiedź nasuwa się sama, ale spróbujmy przyjrzeć się temu z bliska.

Mama z dzidziusiem

Masowa imigracja Polaków do Stanów Zjednoczonych miała miejsce po raz pierwszy na początku XIX wieku w czasach, gdy Polska nie istniała na mapie świata. Następna fala rodaków przybyła w dużej liczbie na ziemię amerykańską na przełomie XIX i XX stulecia. Byli to przeważnie biedni wieśniacy z Galicji i zaboru rosyjskiego oraz niewykształcony miejski proletariat z innych części „rozebranej” Polski. Przyjeżdżali oni w większości za ocean za chlebem oraz uciekając przed prześladowaniami zaborców. To wówczas wytworzył się stereotyp głupiego Polaka, który często nie potrafił nawet pisać w swoim języku, wszak większość naszych rodaków w tamtych czasach była analfabetami. Etykieta niedouczonego Polaka zachowała się niestety w świadomości wielu Amerykanów nawet wówczas, gdy do Ameryki przybyło wielu wykształconych i światłych rodaków. Polacy zakładali polskie parafie i były one najczęściej jedyną ostoją polskości, namiastką tego, co zostawili w ojczyźnie. To właśnie na przełomie stuleci powstawały pierwsze polskie organizacje i stowarzyszenia, polskie kluby, restauracje i biznesy. Nowi osadnicy z Polski osiedlali się w pobliżu „swoich”, tworząc polskie „getta”, całe osiedla i dzielnice miast, gdzie zamieszkiwali prawie sami Polacy. To w nich utrwalały się stereotypy Polonusa – ciężko pracującego, niewykształconego, jedzącego pierogi i polską kiełbasę i ciułającego każdego dolara. Stąd wzięły się tzw. Polish jokes – niesmaczne żarty opowiadane o Polakach, podobne do tych, które za komuny my opowiadaliśmy o milicjantach. Z tego powodu wiele osób polskiego pochodzenia, które wybiły się ponad przeciętność, skrzętnie ukrywały swoje polskie korzenie, a wręcz wstydziły się ich.
Odbiór Polonii w Ameryce nie zmienił się diametralnie wraz z napływem następnej fali polskiej imigracji w latach powojennych. Zmienił ją dopiero wybór Polaka na papieża i podziw dla jego osoby na całym świecie. Wizerunek Polski poprawiła też bezkrwawa rewolucja solidarnościowa w naszym kraju w latach 80-tych, która doprowadziła do obalenia muru berlińskiego i w konsekwencji całego bloku komunistycznego w Europie. O Polsce było wówczas głośno i po raz chyba pierwszy mieliśmy w Ameryce bardzo dobrą prasę. To właśnie w tym okresie, być Polakiem to brzmiało dumnie. To wtedy dowiedzieliśmy się, że Stephanie Powers, Charles Bronson czy Raymond Kroć (założyciel sieci McDonald’s) mają polski rodowód.
Opowiadał mi kiedyś pewien polski profesor z Kalifornii, że gdy w latach 80-tych na prestiżowy uniwersytet kalifornijski Berkeley przyjechał z wykładem ks. prof. Józef Tischner i został przedstawiony jako czołowy filozof i przedstawiciel polskiej inteligencji, na sali wybuchły salwy śmiechu. Nie zrażony tym ks. Tischner zapytał, co one mają oznaczać. Ktoś odpowiedział mu: „A czy jest coś takiego jak polska inteligencja?”, czym wzbudził dodatkowe rozbawienie. Opuszczając jednak salę ks. Tischner był żegnany burzą oklasków i głośnym „przepraszamy”.

W latach osiemdziesiątych zaczęła do USA napływać nowa fala solidarnościowej imigracji, a wśród nich wielu wykształconych ludzi, którzy wpłynęli na zmianę stereotypu polskiego imigranta. Jednak większość przybyszów z Polski, bez względu na ich status i wykształcenie przywiezione z kraju, zajmowała się początkowo, a często i na długie lata, pracami najemnymi – na budowie lub w fabryce, przy sprzątaniu, opiece nad dziećmi, chorymi i starszymi. Najsmutniejsze jest to, że i dzisiaj na tym kończą się ambicje wielu osób. Jednym z najważniejszych celów nowych przybyszów jest zarobienie pieniędzy i poprawa statusu materialnego. Trzeba jednak przyznać, że coraz więcej Polaków odnosi sukces ekonomiczny w USA. Polacy masowo kupują nieruchomości w Nowym Jorku, New Jersey, Illinois, Pensylwanii i innych stanach. Zajmują też coraz bardziej prominentne pozycje w amerykańskich przedsiębiorstwach. Wtargnęli w wiele sektorów tradycyjnie opanowanych przez biznesy amerykańskie i wielkie amerykańskie korporacje. Tak dzieje się np. w transporcie drogowym w Ameryce Północnej, gdzie Polacy są potęgą, a w kilku stanach przypada na nich 1/3 przewozów drogowych. Polskie biznesy w USA istniały od dawna, ale ostatnio zmieniła się jedynie skala ich oddziaływania. O ile dawniej większość klientów polskich przedsiębiorców stanowili Polacy, o tyle dziś są one często otwarte na amerykańską klientelę.
Dlaczego zatem sukcesy materialne Polonii nie przekładają się na poprawę wizerunku i prestiżu naszej społeczności w Ameryce? Wynika to głównie ze słabości politycznej polskich imigrantów. Nie mamy bowiem praktycznie żadnej reprezentacji we władzach politycznych na różnych szczeblach. Zapowiada się, że po kolejnych wyborach w listopadzie tego roku w różnych instancjach władz lokalnych, stanowych, nie wspominając federalnych, nie będziemy mieli swoich nowych przedstawicieli. Przed paroma tygodniami minął termin rejestracji mieszkańców Nowego Jorku do udziału w prawyborach. Wśród 27 tysięcy zarejestrowanych w nowojorskim Board of Election kandydatów brak przedstawicieli polskiej społeczności. Jeśli jednak nie mamy własnych kandydatów, powinniśmy przynajmniej popierać tych, którzy po wyborze będą bronić naszych interesów. To jednak wymaga nakładów finansowych, współfinansowania kampanii wyborczych, aktywnego udziału w sztabie wyborczym kandydatów, tak by nasze postulaty były słyszalne. Dlatego tak ważne jest finansowe popieranie organizacji polonijnych, które mogą wykreować polityczne elity Polonii. Ważny jest także masowy udział w wyborach, a może jeszcze ważniejsze jest, by Polonia potrafiła głosować jednym frontem na swoich kandydatów. Okazuje się jednak, że około 70% legalnie mieszkających w USA rodaków, którzy mogliby być amerykańskimi obywatelami i uzyskać w ten sposób prawo do głosowania, z tego przywileju nie korzysta mimo iż prawo zezwala na legalne posiadanie podwójnego obywatelstwa.
Termin rejestracji wyborców do tegorocznych listopadowych wyborów mija 13 października. Obawiam się, że znowu będzie to głos wołającego na pustyni, bo może się okazać, że Polonia prześpi kolejne wybory. A potem dziwimy się, że nikt się z nami nie liczy. Nieobecni głosu nie mają. Zadziwiająca jest, a wręcz frustrująca, apatia i bierność polonijnych organizacji, których jedyną ambicją jest często przemarsz Piątą Aleją w czasie Parady Pułaskiego. Struktury polonijne w USA wymagają zdecydowanych reform instytucjonalnych, a nie tylko kosmetycznych. Polonijne organizacje finansowe, dysponujące miliardami dolarów naszych rodaków, są od lat wewnętrznie skłócone, a podejmowane kolejne próby ich uzdrowienia spełzają na niczym. Do działalności w organizacjach nie garną się młodzi ludzie, którzy mimo iż są dumni ze swojej polskości nie chcą angażować się w politykę. Miejmy nadzieję, że już wkrótce to właśnie nowe pokolenie Polaków, zarówno tych wykształconych w Polsce, jak i tu w Ameryce, będzie wykazywać większe aspiracje polityczne. Bo właśnie młodzi rodacy bez kompleksów i uprzedzeń czują się często obywatelami świata i Europejczykami i mają szansę za kilka lat reprezentować Polonię na różnych szczeblach władzy. Niestety, wielu młodych ludzi nie jest zainteresowana aktywnym udziałem w życiu polonijnym. Ci którzy osiągają sukces, asymilują się w amerykańskim społeczeństwie, skupiają się na pomnażaniu majątku i nie mają ochoty na udzielanie się dla Polonii. Przeciętny Kowalski nie ma natomiast ambicji, by wybić się ponad przeciętność. Nowi przybysze zadowalają się często pracą fizyczną, a brak funduszy często uniemożliwia im podjęcie nauki. Tłumaczą się, że przyjechali tu na chwilę, że jest im zbyt ciężko, nie znają dobrze angielskiego i nie mają czasu, by zaangażować się w działalność organizacji polonijnych, a te wcale ich do tego nie zachęcają. Wydaje się jakby między nową a starą Polonią istniała bariera nie do przebycia. Ta stara, reprezentująca skansen Polski, w stroju krakowskim czy kurpiowskim, stanowi niedostępną dla nowych przybyszów enklawę. Reprezentanci nowej imigracji skupiają się raczej na własnym sukcesie ekonomicznym niż na dobru wspólnym i nie zależy im, by budować siłę polskiej społeczności w Ameryce. I tu wychodzą nasze narodowe przywary: prywata, zwada, brak jedności w czasie pokoju, fałszywa skromność, brak wiary w sukces, zazdrość i zawiść, które są często przeszkodą w osiągnięciu sukcesu Polonii.

Czy kiedykolwiek się to zmieni? Czy przebudzimy się kiedyś z letargu? Zależy to tylko od nas, wszystkich razem i każdego z osobna. Każdemu Polakowi powinno zależeć, by budować pozytywny wizerunek Polski i Polonii w USA. To ostatni już dzwonek, by jeszcze w tym roku zmobilizować się i gremialnie wziąć udział w wyborach

Home | O nas | Numer bieżący | Reklama | Prenumerata | Archiwum | Galeria | Księgarnia | Kontakt