O nas
reklama w Tygodniku Polonijnym
Reklama w Tygodniku
Prenumerata Tygodnika
Archiwum Tygodnika
Galeria Tygodnika
Nasi Sponsorzy
Ksiegarnia Tygodnika
Skontaktuj sie z nami
2006
Od Redakcji
Drodzy Czytelnicy,
Mamy nadzieję, że Święta Zmartwychwstania Pańskiego były dla Państwa okazją do bogatych przeżyć duchowych, rodzinnych spotkań i odpoczynku. W dzisiejszym wydaniu naszego pisma znajdą Państwo wiele interesujących artykułów, m.in. o groźbie huraganu w Nowym Jorku i New Jersey. Szczególnie gorąco polecamy wywiad z założycielem legendarnego zespołu „Skaldowie”, który obchodził niedawno 40-lecie swojego
istnienia.
Życzymy przyjemnej lektury!
Nr 15 04-25-2006
WYWIAD TYGODNIA
Z Andrzejem Zielińskim, założycielem, kompozytorem i liderem zespołu „Skaldowie” rozmawiał Dariusz Serwach z „Tygodnika Polonijnego”
Mama z dzidziusiem

Wszystko zaczęło się ponad 40 lat temu. Proszę powiedzieć kilka słów o początkach grupy „Skaldowie”
To były ciekawe czasy. Byłem wówczas studentem Wyższej Szkoły Muzycznej w Krakowie w klasie fortepianu u prof. Jana Hoffmana. Już w czasach licealnych interesowałem się muzyką rozrywkową, w szczególności rockową, która wówczas zaczęła się rozwijać na świecie. Będąc jeszcze w liceum muzycznym w Krakowie założyłem własną grupę „Elem” (od skrótu LM – liceum muzyczne). Śpiewaliśmy włoskie piosenki Marino Mariniego, amerykańskiej grupy „The Platters”, wykonawców słynnego hitu „Only you” oraz brytyjskiej gwiazdeczki Helen Shapiro. Już w czasach studenckich podczas wakacji graliśmy po cichu w klubach nocnych na Wybrzeżu. Chcieliśmy zarobić trochę na wakacje, a przy okazji mieć te wakacje. W 1964 roku występowaliśmy w nowo otwartej restauracji „Cristal” w Gdańsku-Wrzeszczu. Obok znajdował się słynny rockowy klub „Ster” i tam poznałem muzyków zespołu „Niebiesko-Czarni” oraz zespół „Pięciolinie”, czyli późniejsze „Czerwone Gitary”. Tam właśnie wpadłem na pomysł stworzenia zespołu, który będzie grał inną, własną muzykę. W sierpniu 1965 roku wraz z innymi muzykami szkoły muzycznej zawiązaliśmy grupę „Skaldowie”. Ja napisałem kilka utworów, pomogli koledzy, którzy też mieli swoje pomysły muzyczne i po raz pierwszy zagraliśmy publicznie na II Krakowskiej Giełdzie Piosenki. Wygraliśmy ją moją piosenką „Moja czarownica” do tekstu Wiesława Dymnego, legendarnego autora z „Piwnicy pod Baranami”.
Skąd wzięła się nazwa zespołu?
Nazwę wymyśliliśmy w czasie nocnego zebrania. Szukaliśmy jej wśród rycerzy wędrujących i muzykujących, ale nie wojujących. Przypadli nam do gustu nazwa skaldowie. Byli to rycerze w Skandynawii, Wikingowie, którzy nie walczyli mieczem, ale wędrowali od dworu do dworu i śpiewali swe pieśni, tak jak trubadurzy we Francji, a w Polsce rybałci - rycerze poeci. Kojarzyło nam się to także ze Skałą - silnym podłożem skalnym z Podhala. Moja mama jest rodowitą zakopianką, dlatego w naszej muzyce jest wiele elementów folkloru góralskiego. Obok ludowości wprowadziłem do mojej muzyki też wątki muzyki klasycznej oraz tzw. fakturę polifoniczną - zupełne novum w polskiej i światowej muzyce, np. kwartet smyczkowy jako jedyny akompaniament. Te wszystkie innowacje różniły nas w sposób zasadniczy od innych polskich zespołów.
Jak potoczyła się Wasza dalsza kariera?
Po wygraniu Krakowskiej Giełdy Piosenki dostaliśmy zaproszenie na sesję nagrań w III Programie Polskiego Radia. W „Trójce” bardzo modna była wówczas lista przebojów. Dzięki promowaniu naszych piosenek w tym programie, zespół stał się znany w Polsce i 2 miesiące po debiucie graliśmy już pierwszą trasę koncertową na Śląsku. Istniało tam sporo domów kultury. Tam też zdobyliśmy wielu fanów, którzy przyjmowali nas bardzo entuzjastycznie. W Krakowie natomiast graliśmy w studenckim klubie „Pod Jaszczurami”, a także w klubie „Krzysztofory”. Później był ogólnopolski Festiwal Muzyki Nastolatków, czyli muzyki młodzieżowej. Wygraliśmy eliminacje wojewódzkie, potem regionalne we Wrocławiu, a następnie zwyciężyliśmy w finale na stadionie Lechii w Gdańsku. To był nasz duży sukces, który otworzył nam furtkę do zawodowstwa i profesjonalnej sceny.
26 lutego tego roku w Teatrze Polskim we Wrocławiu odbył się koncert „Skaldów” w pełnym składzie (czyli z Andrzejem Zielińskim). Jak wypadł ten koncert?
To był wspaniały, wzruszający koncert. Wrocław jest nam szczególnie bliski, bo graliśmy tam mnóstwo koncertów, najwięcej w Wojewódzkim Domu Kultury i w Hali Ludowej. Na koncert przyszły 3 pokolenia naszych fanów. Przynieśli mnóstwo pamiątek z 40-letniej działalności zespołu, m.in. okładki starych, analogowych płyt, które nie były nigdy przez nas podpisane. Nadrabialiśmy zaległości i podpisywaliśmy je teraz. Dla wielu te pamiątki są prawie świętością. Po koncercie mieliśmy bardzo ciekawe spotkanie z naszymi fanami. Wspominaliśmy, m.in. restaurację „Złota Kaczka” – kultowe miejsce we Wrocławiu, które już nie istnieje. Wiąże się ono z bardzo zabawną historią. W latach siedemdziesiątych udaliśmy się tam w przerwie koncertu na przygotowany przez organizatorów obiad. Siedząca w łazience babcia klozetowa ubolewała, że nie może brać udziału w naszym koncercie i poprosiła o autograf oraz płytę. Pocieszyliśmy ją, że może go obejrzeć w telewizji, na co ona: „Dobrze wam mówić, ale ja nie mam telewizora”. W trakcie obiadu uzgodniliśmy, że mimo, iż nie zarabialiśmy dużo, kupimy babci telewizor. Za parę dni przynieśliśmy jej warty 8 tysięcy ówczesnych złotych odbiornik i babcia po prostu odleciała ze szczęścia. Ten uczyniony naprawdę prosto z serca gest zrobił w prasie wiele szumu. W radiowej programie „Muzyka i aktualności” uznano go za objaw „kapitalistycznego zepsucia”. A my wydaliśmy na to ostatnie pieniądze! Parę dni później przyszła do nas reprezentacja wrocławskiego ZMS-u z kwiatami i gratulacjami za rozsławianie wrocławskiej gastronomii na całą Polskę. Po kilku miesiącach, też we Wrocławiu, w czasie obiadu kelnerka poprosiła o autograf i zażartowała, że telewizora nie potrzebuje, bo już go ma.
1 marca tego roku w TV Polsat miała miejsce premiera serialu „Kochaj mnie, kochaj”, w którym głównym motywem muzycznym jest kilka wersji piosenki Skaldów „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał”. Skąd wziął się pomysł na umieszczenie tejwłaśnie piosenki w serialu?
To Polsat wyszedł z taką propozycją, uznając, że to właśnie nasza piosenka i treściowo, i muzycznie, i emocjonalnie pasuje do serialu. Zrobiliśmy z bratem zupełnie nową aranżację muzyczną tego utworu i nowy wokal. Ciekawostką jest, że ta skomponowana przeze mnie w 1967 roku piosenka do tekstu Młynarskiego zdobyła tytuł piosenki roku w radio i jest nadal bardzo popularna. Od trzech lat motyw tej piosenki wykorzystywany jest w reklamie telewizyjnej soków „Tymbark”. Zespół z Łodzi zaśpiewał ją ostatnio w telewizji z dowcipnym tekstem o tematyce piłkarskiej w związku ze zbliżającymi się mistrzostwami świata w piłce nożnej w Niemczech.
Pracujecie teraz nad najnowszym albumem „Harmonia świata”. Kiedy można się jej spodziewać i jakie znajdą się tam utwory?
Będzie tam 7 całkowicie nowych moich utworów, 7 mojego brata (Jacka Zielińskiego – przyp. red.) i 2 naszego basisty Konrada Ratyńskiego. Wszystkie premiery. Nasi fani już od dłuższego czasu wywierali na nas presję, byśmy w końcu nagrali nową płytę. Pomysłów nigdy nie brakowało, bardziej czasu. I ciągle pojawiały się jakieś przeszkody. Wydawcą płyty będzie Polskie Radio w Warszawie, w związku z czym będzie ono automatycznie promować nasze utwory na antenie radiowej. Jest to bardzo ważne, gdyż w obecnym czasach nie jest problemem coś nagrać, ale to później wylansować i rozpropagować. To będzie bardzo różnorodna płyta, bo Jacek pisze inne piosenki niż ja. Generalnie jednak to typowo skaldowska muzyka. Stylistycznie będzie to zdrowy pop-rock. Premiera albumu zaplanowana jest na 15 maja tego roku. Singlem promującym będzie mój utwór „Mieszkasz w moim śnie”.
Czy fakt, że od lat mieszka Pan na stałe w USA, a reszta zespołu w Polsce nie przeszkadza Wam w pracy?
Na pewno nie jest to komfortowa sytuacja. Jednak w dzisiejszych czasach w erze globalizacji, gdy świat jakby się zmniejszył i przemieszczanie się na drugi koniec świata nie jest trudne, odległość nie jest przeszkodą. Latam do Polski kilka razy w roku i spotykam z zespołem. Kiedy coś ważnego dzieje się u Skaldów, jestem zawsze obecny. Wiadomo, że nie gramy tak często jak dawniej, bo nie ma takiej potrzeby. Kiedyś, żeby wyżyć, trzeba było grać nawet kilka koncertów na tydzień. Bywało, że graliśmy nawet 3 koncerty dziennie.
A czy teraz da się w Polsce wyżyć z muzyki?
Z dobrej muzyki, tak. Nawet tej skomponowanej przed 20-, 30- czy 40-stu laty, jeśli ludzie nadal chcą jej słuchać. Wiele zespołów współczesnych sięga do klasycznych motywów rockowych i jest to trend ogólnoświatowy, obecny także w polskiej muzyce. A że ochrona praw autorskich w naszym kraju jest coraz lepsza, wiążą się z tym pieniądze. W Ameryce jest już coś w rodzaju Music Hall of Fame (Muzyczna Galeria Sław – przyp. red.), w Polsce jeszcze się tego nie doczekaliśmy, ale coraz bardziej ceni się tych, którzy zapisali się w polskiej muzyce złotymi zgłoskami.
Koncertowaliście praktycznie na całym świecie. Czy na Wasze koncerty poza Polską przychodzi głównie publiczność polonijna?
W USA i Kanadzie tak, gdyż do takiego odbiorcy staraliśmy się głównie dotrzeć. Jednak w innych krajach mieliśmy wielu fanów z macierzystych krajów. Bardzo popularni byliśmy w wielu republikach byłego Związku Radzieckiego. Daliśmy tam setki koncertów w czasie trwających nie raz miesiące tras koncertowych. Śpiewaliśmy głównie po polsku, ale zawsze staraliśmy się przygotować coś w języku kraju, gdzie odbywał się koncert i było to przyjmowane bardzo spontanicznie. W Niemczech Wschodnich nagraliśmy płytę po niemiecku z największymi przebojami i nasze utwory stały się tam naprawdę bardzo popularne. W Zachodniej Europie, głównie w RFN, Belgii, Holandii i Anglii, gdzie również koncertowaliśmy, często graliśmy dużo tzw. muzyki progresywnej, w której najważniejsza jest warstwa instrumentalna utworu. Śpiew występował tylko sporadycznie. Mieliśmy ten komfort, że w zespole występowali muzycy, którzy byli profesjonalistami na różne instrumenty, nasze improwizacje muzyczne robiły więc ogromne wrażenie. Kultowym utworem był „Krywaniu, Krywaniu”. Graliśmy go często w klubach brytyjskich i holenderskich. Ten rockowo-symfoniczny utwór i kilka innych były świetnie odbierane za Zachodzie. To nie były piosenki popowe, w których najważniejszy jest wokal. Naszym największym atutem były ścieżki dźwiękowe z udziałem organów Hammonda i skrzypiec.
W 2004 r. Andrzej Icha napisał Waszą biografię. Dostała ona bardzo pochlebne recenzje. Czego czytelnik może dowiedzieć się o Skaldach w tej książce?
Autor książki, profesor matematyki na Uniwersytecie w Słupsku, przez wiele lat zbierał materiały i zrobił naprawdę świetną robotę. Nie jest to książka plotkarska, sensacyjna, wyciągająca jakieś pikantne szczegóły naszej 40-letniej historii. To rzetelna książka o muzyce i o naszych inspiracjach, którymi kierowaliśmy się tworząc poszczególne utwory. Duży nacisk położony jest na szczegółową dyskografię zespołu. Wiele naszych utworów nie było rozpropagowanych. Zawsze nagrywając płytę staraliśmy się, by jeden utwór był popowy, a drugi progresywny; zależało nam, by pokazać naszą wirtuozerię instrumentalną. Graliśmy muzykę ekskluzywną - nie dla mas, ale raczej dla wybrednego i muzycznie ukształtowanego słuchacza, a takich w Polsce nie brakowało. Nadal jest wielu takich fanów zespołu, którzy domagają się koncertów wyłącznie z muzyką progresywną. My jednak staramy się grać również nasze powszechnie znane hity.
Jaką muzykę gra obecnie Pana zespół? Czy na koncerty przychodzą głównie starsi sympatycy Skaldów, czy też udaje się Wam przyciągnąć młodą publiczność?
Połowa publiczności to młodzież. To bardzo pozytywne zjawisko, bo to znaczy, że ich rodzice słuchali nas w domu i nauczyli też słuchać tej muzyki swoje dzieci. Jesteśmy zaskoczeni, że młodzież zna i potrafi śpiewać nasze utwory. Taksówkarz w Krakowie powiedział mi, że jego córka bierze jego stare płyty i odkrywa piękno muzyki Skaldów czy Pink Floydów. To budujące, że nie wszyscy słuchają hip-hopu.
Starsi czytelnicy znają z pewnością piosenki „Prześliczna wiolonczelistka”, „Krywaniu, Krywaniu” czy „Medytacje wiejskiego listonosza”. A jakie piosenki Skaldów śpiewa młode pokolenie?
„Kulig”, a dokładnie „Z kopyta kulig rwie”, gdyż taka jest pełna nazwa piosenki. To znają wszyscy i śpiewa to zarówno młodzież rozrywkowa, jak i ta „uduchowiona”, która do melodii tej piosenki śpiewa różne pieśni religijne. Na prawie wszystkich imprezach grana jest także „Wiosna”, czyli utwór „Wszystko kwitnie w koło”. No i oczywiście nasz utwór „Na wirsycku”, zaczynający się słowami „Ni mom chęci do roboty”. Śmiałem się kiedyś, że był to drugi nieoficjalny hymn Polski, przynajmniej za dawnych czasów.
Wiele osób czytało z pewnością kilkuczęściowy już „Dzienniczek perkusisty”, niesamowitą historię nawrócenia i przemiany wewnętrznej perkusisty Skaldów. Czy pan Budziaszek robi zespołowi dobrą reklamę, czy raczej odstrasza niektórych fanów swoją religijnością?
Raczej przysparza nam nowych fanów i rozszerza krąg słuchaczy. On nie jest fanatykiem religijnym. Jakiś czas temu spłynęła na niego jakaś łaska i zaczął inaczej myśleć, inaczej żyć i zachowywać się. Oprócz bycia perkusistą Skaldów Janek zaangażował się także w inną działalność. Stara się dzielić swoimi doświadczeniami z innymi, docierać do młodzieży i ludzi z problemami. I Skaldowie korzystają jedynie na tym, bo dzięki temu przychodzą na koncerty ludzie, którzy szukają w naszej muzyce i tekstach jakiejś głębi.
W 2000 roku odbył się Wielki Koncert „Skaldowie Plus Przyjaciele” z okazji 35-lecia zespołu z udziałem orkiestry, chóru, angielskich muzyków i wielu zaproszonych gości.
To był przepiękny koncert. Żeby podjąć się tak wielkiego przedsięwzięcia, trzeba mieć bogatego sponsora. I my go znaleźliśmy. Był nim GSM Plus, który połączył swoje 4-lecie z naszym jubileuszem. Zbyszek Preisner dał nam swoich muzyków z Londynu, którzy grają w komponowanych przez niego utworach filmowych i zrobiliśmy tzw. koncert unplugged (bez prądu – przyp. red.). Tylko organy Hammonda były podłączone do prądu, ale one są traktowane tak jak fortepian jako instrument klasyczny. Grała z nami Orkiestra Varsovia i 2 chóry, a także nasi przyjaciele- Anna Maria Jopek. Kasia Stankiewicz, Zbigniew Wodecki, Grzesiu Markowski z „Perfektu”, śp. Łucja Prus oraz Marek Piekarczyk z TSA. Na gitarze grał John Paricelli – wirtuoz gitary klasycznej, który na płycie naszego eksportowego muzyka Jana Kaczmarka grał na mandolinie w filmie „Marzyciel”. Koncert był transmitowany na żywo przez telewizję. Planujemy wydać ten materiał na płytę. Domagają się tego od nas nasi fani
Czy nie myśleliście, by powtórzyć to zakończone sukcesem przedsięwzięcie z okazji Waszego 40-lecia?
Na naszą „czterdziestkę” zagraliśmy wielki koncert dla telewizji w „Studio w Łęgu” w Krakowie. Brał w nim udział prezydent Krakowa, prof. Jacek Majchrowski, który wręczył nam dyplomy za zasługi dla Krakowa. Zaprosiliśmy na koncert Stanisława Wenglorza, który wykonał z nami legendarną piosenkę „Nie widzę ciebie w swych marzeniach”. To było bardzo wzruszające wydarzenie muzyczne.
Plany, niespełnione marzenia, pomysły na przyszłość?
Chciałbym zagrać duży koncert na Manhattanie, by pokazać się ludziom, którzy mieszkają w Ameryce. Z racji tego, że tu mieszkam, jest to dla mnie tak samo ważne jak zagranie koncertu w Warszawie czy Krakowie. Jednak nie chcę by był to kolejny występ „Skaldów” w USA, ale duży koncert filharmoniczny z orkiestrą. Ostatnio z bratem gramy sporo koncertów z orkiestrami symfonicznymi. To daje swego rodzaju panoramę dźwiękową i taki koncert w Nowym Jorku może przynieść wiele radości tym, którzy mają jakieś wyrobienie muzyczne. Myślę, że jego odbiorcami nie muszą być wyłącznie Polacy. Nie czuję się wypalony jako muzyk. Muzyka to nie sport, gdzie wiesza się buty na kołku w pewnym wieku, gdy nie można już skakać. Dla mnie muzyka nie ma nic wspólnego ze skakaniem, nie muszę niczego udowadniać. Muzyka wymaga umiejętności, które nie przemijają z wiekiem. I tak jak Artur Rubinstein grał do końca życia na fortepianie, tak też i ja chciałbym grać dopóki starczy sił. I tym optymistycznym akcentem zakończę, pozdrawiając wszystkich czytelników „TP”.
Dziękuję serdecznie za rozmowę.

Home | O nas | Numer bieżący | Reklama | Prenumerata | Archiwum | Galeria | Księgarnia | Kontakt