|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
2006 |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
 |
|
Od Redakcji
Drodzy Czytelnicy,
W Państwa ręce oddajemy świąteczne wydanie „Tygodnika Polonijnego”. W dzisiejszym numerze znajdą Państwo wiele ciekawych artykułów, m.in. o staropolskich tradycjach wielkanocnych, podróży dookoła świata Marka Michela, cudach za wstawiennictwem Jana Pawła II oraz o Wyspie Wielkanocnej. Prezentujemy także drugi odcinek książki dr Antoniego Lenkiewicza pt.: „Józef Piłsudski (1887- 1935)”, wspomnienie o zmarłym niedawno pisarzu Stanisławie Lemie, a także wiele innych interesujących tekstów.
Życzymy przyjemnej lektury! |
|
Nr 14 04-11-2006 |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Podróże |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
JEDNOŚLADEM PO GLOBIE
|
|
 |
Jeszcze nie ostygł silnik jego WSK-i po powrocie z niezrealizowanej do końca wyprawy do Singapuru (z powodu powodzi w Indiach dojechał tylko do Gangesu) w 1973 roku, jeszcze nie całkiem świadom tego, czego samotnie dokonał, a już Marek Michel planował kolejną podróż na motocyklu. Tym razem porwał się na czyn niemal szaleńczy, na samotną podróż jednośladem... dookoła świata. Tak jak i w poprzedniej wyprawie planował przejazd przez Rosję (ówczesny ZSRR - przyp. autor). Niestety historia lubi się powtarzać. Kolejny raz otrzymał negatywną odpowiedź odnośnie przyznania wizy do tego wielkiego obszarowo i ciągle trudnego do przejazdu kraju, szczególnie motocyklem. Przejazd przez Rosję stał się jego największym marzeniem. Marek to urodzony optymista. Skrupulatnie przygotowywał się do wyprawy. Rozpoczął od znalezienia towarzyszy podróży. W ciągu kilku tygodni zdołał namówić tylko kilku, choć do wyprawy było jeszcze daleko i Marek zdawał sobie sprawę, że część z nich na pewno zrezygnuje. Nie przypuszczał jednak, że przed rozpoczęciem podróży zrezygnują... wszyscy!!! Został sam, co absolutnie nie zmieniło jego zamiarów. Tak jak w 1973 roku, tak i tym razem udał się na rozmowy do Fabryki Motocykli w Świdniku (koło Lublina). Zdawał sobie sprawę, że bez pomocy fabryki, jego wyprawa nie ma szans na realizację, głównie ze względów finansowych. Dostał dwa (ten drugi dla drugiego uczestnika, który wycofał się tuż przed rozpoczęciem wyprawy) seryjne motocykle marki WSK-125. Ten na którym miał jechał, zgodnie z jego uwagą pomalowano na biało (lepiej widoczny na drodze). Na jego życzenie zostały także zamontowane dodatkowe bagażniki i kanistry na benzynę. Po obu stronach tylnego koła umocowano dwa pojemniki. Na jednym z nich napis: Kraków-Paris-Tunis-Delhi-Singapore-Los Angeles-New York-Kraków, nie pozostawiały wątpliwości co do trasy. Na drugim pojemniku wymalowano mapę świata nad którą widniał napis PEZETEL. Na przednich owiewnikach namalowano duży napis POLSKA, a na plastikowej osłonie reflektora nazwisko i imię uczestnika wyprawy. Pozostało jeszcze tylko skompletowanie sprzętu turystycznego, lekarstw, aparatu fotograficznego, narzędzi, części zapasowych (w drodze mógł liczyć tylko na siebie i niezawodność motocykla) i Marek był gotów do wyruszenia w podróż dookoła świata.
Pytałem Marka, czy nie miał ochoty zrezygnować w ostatniej chwili z podróży. Zdawał sobie przecież sprawę, jak małe miała ona szanse powodzenia oraz, że stawką mogło być jego własne życie. „Wiesz” – usłyszałem - „ja wtedy nic poza jazdą na motocyklu nie widziałem. Nic nie było w stanie odwieźć mnie od tej wyprawy”.
1 lipca w Krakowie wykonał rundę honorową wokół Sukiennic i w samo południe wyruszył w nieznane, zjadając na początku podróży kanapki przygotowane przez troskliwą matkę.
Planował objechać świat przez Niemcy (RFN i NRD), Francję, Hiszpanię, Maroko, Tunezję, Libię, Egipt, Liban, Syrię, Turcję, Iran, Afganistan, Pakistan, Indie, Tajlandię, Australię, Wyspy Fidżi, USA, Holandię, Belgię, jeszcze raz przez Francję i Niemcy - do swojego Krakowa.
Już od początku wyprawy dopisywało mu szczęście. W RFN odbywały się Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. Spotkał się z trenerem Górskim i jego „złotą” jedenastką. Trener Górski był bardzo zainteresowany rozpoczętą podróżą, podziwiał jego odwagę. Po tej wizycie pozostała mu pamiątka w postaci sportowego dresu z napisem „Polska” oraz autografy całej ekipy piłkarskiej w księdze pamiątkowej, która towarzyszyła mu w drodze, tak jak rok wcześniej podczas wyprawy do Indii.
Marek nie przypuszczał wtedy, jak bardzo ten dres pomoże mu w przekraczaniu granic, zwłaszcza państw afrykańskich i arabskich, na których nie raz spędzał po kilkanaście godzin w oczekiwaniu na odprawę. Bo na południu wymiar czasu ma inne znaczenie. Podjeżdżając do granicy ubrany w ten właśnie dres, na pełnych światłach, z silnikiem na wysokich obrotach - słyszał zewsząd: Deyna, Lato, Polish is Good, Polish footbolists, a po chwili już był po odprawie i mógł jechać dalej.
Przejazd przez Afrykę to jedna wielka fascynacja tym lądem. I choć bardzo dokuczała wysoka temperatura, pył niesiony przez wiatr z pustyni, zła jakość benzyny, to widoki jakie mógł oglądać podczas przejazdu przez góry Atlas, wynagradzały mu wszystko. Przejazd ten wspomina jako niekończące się zakręty. I choć był to przejazd bardzo niebezpieczny, to w nocy natura obdarzała go widokiem mrugających gwiazd na afrykańskim niebie, a w dole ogromną ilością ogniskowych światełek, które rozpalali koczownicy i pasterze. Wydawało mu się wtedy, że przejeżdża przez granice dwóch nierealnych światów.
Wszędzie na trasie spotykał Polaków, szczególnie w Libii, gdzie na tamtejszych budowach pracowało ich najwięcej. Był ciepło witany i goszczony. W Tobruku (Libia), odwiedził cmentarz wojskowy, miejsce pochówku polskich żołnierzy z Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich, którzy zginęli podczas walk na tym kontynencie w czasie II Wojny Światowej.
Przejeżdżał dziennie w upale 500 do 1000 km. Drżał na myśl, że w takim klimacie motor może odmówić mu posłuszeństwa.
Na szczęście odbyło się bez awarii i w drugiej połowie lipca, pożegnał się z kontynentem afrykańskim na statku w Aleksandrii (Egipt), skąd popłynął do Bejrutu (Liban). Przejazd przez Izrael nie był możliwy. Egzotyka Wschodu urzekła go. Poruszanie się po drogach na Bliskim Wschodzie Marek określał jako ryzykowną żonglerkę, gdyż co tylko miało koła, poruszało się jako tako po drodze, tak lewą jak i prawą stroną drogi, stwarzając kolosalne zagrożenie dla innych. Stan techniczny tych pojazdów Marek dyskretnie przemilczał. Podobnie przestrzeganie jakichkolwiek zasad ruchu drogowego. W Bejrucie na terenie obozu uchodźców palestyńskich, gdzie chciał zakupić tańsze melony, robił zdjęcie kozie, która miała dziwacznie powykręcane rogi i... różnego koloru oczy. Podczas wykonywania zdjęć został zatrzymany przez Palestyńczyków, którzy swoją uwagę skupili na jego aparacie i... wojskowych butach.
- Myślałem, że to zwykli złodzieje i nie chciałem im oddać mojego aparatu - wspominał Marek Michel. Lekka szamotanina zakończyła się, kiedy pojawili się uzbrojeni Palestyńczycy i zabrali go na przesłuchanie. - Nie zdawałem sobie sprawy, co to znaczy przebywać na terenie obozu palestyńskiego i do tego jeszcze fotografować, choćby kozę. Mogłem być uważany za szpiega i... postawiony pod ścianę. Na szczęście zostałem wypuszczony po kilku godzinach i mogłem kontynuować moją dalszą podróż, z aparatem którego mi na szczęście nie zabrano - dodał jeszcze.
W dalszej drodze przez Syrię, Turcję, Iran, Afganistan i Pakistan aż do Indii, zatrzymywał się tylko na nocleg, tankowanie i posiłki. Zwiedzał mało, gdyż w wielu mijanych krajach był rok wcześniej. Z Indii przez Tajlandię i Hong-Kong do Australii, musiał polecieć samolotem. Hindusi na lotnisku z obawy, aby nie uszkodzić jego motocykla, zapakowali go w skrzynię, która ważyła trzy razy więcej od WSK-i. Na koszty takiego bagażu (około $3000) Marek nie miał pieniędzy. Zdesperowany rozbił łomem skrzynię i rozkręcił motocykl, zrobił z niego parę pakunków i nadał na bagaż. Silnik, który jest najcięższy i zarazem najmniejszy, zabrał z sobą do samolotu jako... bagaż podręczny!! Napisz, podkreślał z naciskiem Marek, że tak było, bo wielu myśli, że żartuję. Po kilkunastu godzinach lotu wylądował w Darwin w Australii. W porcie lotniczym zaskoczył go widok Aborygena siusiającego na... ścianę dworca. Kiedy zbulwersowany zwrócił mu uwagę, został przez niego uderzony. Wywiązała się bójka przerwana dopiero przez celników, którzy potem dokładnie sprawdzili jego bagaże. W zdumienie wprawił ich silnik znaleziony w bagażu podręcznym, a jeszcze w większe, wyjaśnienie Marka, że to od motocykla, który przyleciał w kilku pakunkach. Zaczęli więc skrupulatnie sprawdzać wszystkie jego bagaże, przy okazji znaleźli kiełbasę, którą Marek kupił w Indiach. Przewożenie żywności do Australii jest surowo zabronione więc celnicy skonfiskowali ją. Marek deklarował, że on te parę kilogramów kiełbasy zje… na lotnisku. Zaskoczył ich tym, jednocześnie przystępując do składania silnika. Widząc jego zdeterminowanie, celnicy roześmiali się, pozwalając mu odjechać z kiełbasą, odstępując także od zapłacenia cła za motocykl. Po odprawie, już późnym wieczorem dotarł do jakiejś knajpy na odludziu. Obserwowało go tam trzech podejrzanych osobników, z których dwóch po chwili wyszło na dwór. Zaniepokojony Marek wyszedł za nimi. Przed knajpą nie było mojego motocykla!!! - stwierdził ze zgrozą. Obok dostrzegł szopę, w której dwaj Australijczycy z knajpy przeszukiwali jego bagaże przy motocyklu. Nie myśląc o konsekwencjach „poczęstowałem” ich gazem łzawiącym i jakimś znalezionym kijem. Uciekli w popłochu. Ten trzeci tylko wychylił głowę zza drzwi knajpy. Błyskawicznie uruchomiłem silnik i uciekłem. Po chwili ujrzałem za sobą światła jakiegoś samochodu. To moi niedawno „poznani” w knajpie osobnicy, domyśliłem się. Nie mogłem ich” zgubić” mimo wyłączonych świateł i paru skrętów w boczne drogi. Intensywnie myślałem jaka jest tego przyczyna! I nagle olśnienie. To światło stopu wskazywało im gdzie jestem. W trakcie jazdy wyrwałem kabel z lampy i skręciłem w bok. Pomogło, gdyż po chwili na pełnej szybkości minął mnie stary jeep z moimi prześladowcami. Przesiedziałem kilkanaście godzin, zanim ruszyłem w dalszą drogę. Po raz kolejny wyszedłem cało z opresji, która mogła się skończyć dla mnie co najmniej ciężkim pobiciem, wspominał Marek. Droga do Sydney w poprzek Australii dłużyła mu się niemiłosiernie. Bywało, że przez 200-300 km nie spotkał żadnego pojazdu. Temperatura w dzień dochodziła do 50 stopni Celsjusza, w nocy spadała nawet do -3 i wtedy ogrzewał się od silnika. W nocy musiał uważać na węże. A do tego przy drodze leżało dużo zabitych przez samochody zwierząt. Do dziś prześladuje go potworny smród ich rozkładających się ciał, szczególnie kangurów. Ale serdeczne i gorące przyjęcie, jakie mi zgotowała Polonia w Sydney, wynagrodziła wszelkie trudy podróży przez australijski kontynent -dodał Wiele razy musiał opowiadać o przebytej trasie, ludziach których spotkał i przygodach nieodłącznie związanych z jego wyprawą. A w jego książce pamiątkowej (która czasami służyła mu za... paszport) przybywało nowych pieczątek oraz podpisów ciekawych i znanych ludzi. Jednym z wielu spotkań w Sydney, które Marek wspomina bardzo często, było spotkanie z marynarzami ze statku „Ludwik Solski” przebywającymi wtedy w Australii. Niestety, po krótkim pobycie trzeba było wyruszać w dalszą drogę.
Przez Nową Kaledonię i Wyspy Fidżi miał lecieć do Los Angeles. Dzięki uprzejmości linii lotniczych, motocykl w skrzyni, przewożony był bez opłaty. Ale samolot dotarł tylko do Wysp Fidżi, gdyż miał małą awarię. Naprawa samolotu w oczekiwaniu na części zapasowe przedłużyła się do 2 dni. Pobyt opłaciły linie lotnicze, więc Marek mógł trochę odpocząć i pozwiedzać tę przepiękną wyspę. Kolejny etap to kontynent amerykański. Wylądował w Los Angeles. Bardzo mile wspominał tamtejszą Polonię, która tak skutecznie „nagłośniła” jego pobyt w tym mieście, że nawet ukazał się artykuł o nim w dzienniku o wielomilionowym nakładzie - „Los Angeles Times”. Były też zdjęcia pamiątkowe z przedstawicielami miasta oraz liczne spotkania z Polonią. Tych spotkań było bardzo, bardzo dużo podczas przejazdu Marka Michela przez Amerykę. Wszystkie niezmiernie serdeczne i miłe. W Chicago udzielał wywiadu dla polonijnego radia oraz dla stacji telewizyjnej - Polish Power. W kościele pod wezwaniem Cyryla i Metodego ksiądz ogłosił zbiórkę pieniędzy dla Marka na dalszą podróż. Był wzruszony ofiarnością Polaków. Na Florydzie dostał specjalnego przewodnika podczas zwiedzania Disneyland. W Północnej Karolinie był podejmowany śniadaniem przez samego gubernatora. Natomiast w Nowym Jorku był gościem honorowym Parady Pułaskiego. Na dłuższy pobyt w USA nie mógł sobie pozwolić ze względu na ślub siostry i dalsze studia.
Na początku października wylądował w Amsterdamie, skąd przez Belgię dotarł do Paryża. Tu zakończyła się Odyseja samotnego motocyklisty podróżującego dookoła świata. Przed nim nikt z Polaków nie dokonał takiego wyczynu. Myślami był już w Polsce, spieszył się i dlatego na trasie starał się jechać jak najszybciej. A i bliskość polskiej granicy działała na niego trochę dekoncentrująco. Ten pośpiech u końca podróży mógł zakończyć się tragicznie. Podczas przejazdu przez byłą NRD (Niemiecka Republika Demokratyczna - przyp. autora), na jednym z objazdów, wpadł w poślizg. Na liczniku - 80 km. Kilkadziesiąt metrów motocykl wraz z nim kręcił się po jezdni, sunął po poboczu, aby wreszcie wyrzucić go poza jezdnię. Zatrzymał się trzymając się go skurczowo przez cały czas dosłownie parę centymetrów przed wystającymi z ziemi prętami i stojącym tuż obok metalowym rusztowaniem. Po naprawie rączki sprzęgła mógł jechać dalej. Wreszcie po 117 dniach podróży dookoła świata, Marek Michel dotarł do swojego rodzinnego Krakowa. Przejechał motocyklem łącznie prawie 40 000 kilometrów, samotnie, bez żadnej łączności telefonicznej na trasie, zdany tylko na własne siły.
Józef Kołodziej
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
AMERYKA |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Oko za oko, ząb za ząb
Wielu kierowcom, choć z różnym skutkiem, wbija się do głowy hasło : „Bądź przezorny na drodze”. Przydałoby się również wbicie im do głowy innego hasła: „Bądź kulturalny na drodze”.
Przeprowadzone ostatnio badania wykazały, że blisko połowa kierowców korzystających z dróg w New Jersey odpowiada na jakiekolwiek uchybienie innego użytkownika ruchu drogowego niekulturalnym, a czasem wręcz agresywnym zachowaniem. Niektórzy uciekają się do przekleństw, głośnego trąbienia, stosowania obraźliwych gestów, zajeżdżania drogi lub nieprawidłowego wyprzedzania. Przyznają, że w ten sposób wyżywają się na tych, którzy albo są zbyt opieszali na drodze, albo dopuszczają się jakichś wykroczeń. „Jak zareagować, jeśli spieszysz się właśnie na umówione ważne spotkanie, a jadący przed tobą kierowca wlecze się niemiłosiernie albo blokuje ci pas ruchu?”„ – pyta Marlon M. z Rochelle Park, NJ. Mężczyzna twierdzi, że w takich sytuacjach używa klaksonu, by popędzić kierowcę przed sobą. Zdarzyło mu się już kilka razy, gdy, jak twierdzi stracił cierpliwość, zastosować niezgodny z prawem manewr wyprzedzania. Maria T. z Boro Park irytuje się faktem, że wielu kierowców w New Jersey nie używa kierunkowskazu. „To nie tylko brak kultury jazdy, ale zwyczajne łamanie zasad ruchu drogowego. Najgorzej jest, kiedy chcesz skręcić w lewo, a kierowcy nadjeżdżający z naprzeciwka nie sygnalizują zamiaru skrętu w prawo. Czekasz więc nadaremnie, a za tobą sznur innych pojazdów albo podejmujesz ryzyko wymuszenia pierwszeństwa” – twierdzi Polka.
„Doszliśmy do takiego punktu, że musimy podjąć walkę z agresją kierowców na drodze, a także z kierowcami, którzy łamią zasady ruchu drogowego i stwarzają zagrożenie na drodze” – oświadczyła Pam Fischer, rzeczniczka AAA w New Jersey. Jak twierdzi, aż 50% kierowców w New Jersey wykazuje brak kultury na drodze, a czasem agresję. Rok temu procent ten wynosił 45. „Jednym brakuje tolerancji i cierpliwości, innym wyobraźni” – podsumowuje Fischer.
Rachel Moore, rzeczniczka Insurance Council of New Jersey jest zdania, że często się zdarza, iż kierowcy swoje niepowodzenia, żal, gniew i rozczarowanie „przelewają” na innych kierowców. „Wsiadamy do samochodu mocno podenerwowani. Czasem wystarczy nam, że jadący przed nami kierowca na chwilę się zagapi na skrzyżowaniu i natychmiast karzemy go klaksonem. Denerwujemy się na niego, gdy jedzie zbyt powoli tylko dlatego, że wyszliśmy z domu zbyt późno i możemy nie zdążyć na umówioną wizytę. Spóźnienie przypisujemy jednak nie swojej lekkomyślności, a kierowcy przed nami, który akurat miał pecha znaleźć się w określonym miejscu i czasie” – tłumaczy Moore. Ostatnie badania potwierdziły, że aż 64% kierowców wsiada za kierownicę w stanie wzburzenia.Moore radzi, by zacząć od przestrzegania zasad ruchu drogowego. „Jeśli zapominałeś ostatnio o używaniu kierunkowskazu, zacznij używać go od dzisiaj. Staraj się też cały czas kontrolować swoją jazdę. Zdobądź się również na trochę cierpliwości i tolerancji względem innych. Pamiętajmy, kultury na drodze nigdy za wiele”.
Barbara Aleksandrowicz
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Tradycja |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
KWIECIEŃ
W kwietniu nierzadko pociągnie ostry wiatr północny, ba, śniegiem sypnie, ale słońce już mocno dogrzewa. Jaskółki śmigają nad rzeką, bociany wróciły do swego gniazda na dachu stodoły. To już nie przedwiośnie, ale wiosna całą gębą. Niegdyś o tej porze święcono pogańskie gody wiosenne. Dziś rozesłały się one u stóp Wielkanocy, największego święta chrześcijaństwa. Święta będącego radością, triumfem, spełnieniem obietnic. Wszystko, co Niebo dotychczas zesłało, proroctwa, dziwy i cuda, Objawienie i Wcielenie, było przygotowaniem momentu, gdy śmierć zostanie pożarta w zwycięstwie, a nastąpi Zmartwychwstanie. Święto, co przeobraziło dolę ludzką, nie mieści się w ramach jednej doby. Uroczystym wstępem przygotowawczym jest Wielki Post, zwłaszcza Wielki Tydzień, rozpoczęty Niedzielą Palmową.
W Palmową Niedzielę każdy kościół polski zakwita wiązankami wierzbiny, modrzewiu, borówek, barwinku, jak gdyby całe gaje zeszły do świątyni oddać hołd Zbawicielowi. Wierzbina usiana białymi kotkami - to polska palma, wdzięczna i pokorna. Gdy wiosna wczesna, a Wielkanoc późna, kotki wierzbowe nie są już białe, ale żółte, sypiące złotym pyłem o słodkiej woni. Wychodząc po nabożeństwie z kościoła, należy połknąć parę poświęconych baziek. Miękkie, kosmate, z trudem przechodzą przez krtań, lecz zabieg wart jest trudu, chroni bowiem od chorób gardła na przeciąg roku.
Początek Wielkiego Tygodnia wypełnia gospodyniom wielkanocne sprzątanie, szorowanie, bielenie. Błyszczą czystością mętne zwykle szybki okien, połyskują stoły i ławy. Zwijają się gospodynie i córki, bo na Wielkanoc nie śmie pozostać w domu stare śmiecie. Trzeba wyczyścić komorę i strych, wywietrzyć poduszki paradne, na których nigdy nikt nie sypia, przyodziewek świąteczny oraz codzienną skromną pościel, powszechne szmaty, kożuchy. Wraz z pajęczyną i pyłem wymieść należy wszystko złe, co się w sercu nagromadziło, dawne kwasy i jady. Bo Wielkanoc to odnowa, stary człowiek ma umrzeć, nowy, lepszy się narodzić.
W Wielki Czwartek milkną dzwony, a służba kościelna ogołaca ołtarze. Przy wtórze klekotu drewnianych kołatek gromady wyrostków „topią Judasza”. Niegdysiejszą Marzannę, obecnie Judasza, wloką chłopaki za głowę, za nogi dookoła wsi. Na każdym kopcu przystaną, kukłą miotają, aż ją zawloką do rzeki. Dopieroż zabawa, lecieć wzdłuż brzegu i walić w chochoła kamieniami!!!
W Wielki Piątek wszystko wszystkim leci z rąk. Gospodarz musi sieczki narżnąć na 2 dni, gospodyni piecze chleb i placki. I do kościoła trzeba choćby na moment zalecieć i na wiedźmy uważać, czy się która w pobliżu nie plącze. Wielki Piątek - bardzo niebezpieczny dzień. Dzwony, których cnotą płoszyć złego ducha - milczą. Chrystus Pan - na którego Imię wszelakie kolano upada, niebieskie, ziemskie i piekielne - leży zmarły w grobie. Więc szatany, czarownice, upiory, zmory i wszelkie paskudztwo hulają po świecie swobodnie. Jedyny to dzień w całym roku, kiedy mają taką wolną wolę, nie dziw przeto, że ich pełno. Czarownice zaglądają do obór, żeby krowom zabrać mleko. Skryj się tylko, a zobaczysz, jak taka poczwara bierze lejce do ręki i głaszcze nimi krowę po grzbiecie, mrucząc: „Biorę pożytek, ale nie wszystek, biorę pożytek, ale nie wszystek… „Dobrze, jeżeli zdążysz skoczyć na nią z tyłu, wodze wyrwać, okładać nimi co sił, aż baba zaklęcie odwoła. Inaczej, przepadło mleko! Inne znów wiedźmy chodzą od chaty do chaty, niby po prośbie, w rzeczywistości, żeby urok rzucić. Niemały z tym kłopot, bo uczciwe, pobożne babki i dziady proszalne też chodzą po domach tego dnia i wielki grzech ich nie wspomóc. Wprawdzie dziad sprawiedliwy zawoła od progu: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, co jest znakiem nieomylnym, bo odmieńcowi Imię Boże nie przejdzie przez usta. Zdarza się jednak, że przebiegła wiedźma powie: „Niech będzie pochwalony…” i dalej nic. Kogo ona chwali? Tego, któremu służy. Ale gospodyni niedoświadczona przyjmie powitanie za dobre i wpuści jędzę do chaty. Zaraz potem dziecko zachoruje albo niezgoda w rodzinie, albo szkoda będzie w inwentarzu.
Oj, jak straszny i groźny jest świat, gdy Bóg nieobecny spoczywa w grobie albo odwiedza ojców w otchłani. Jak się żyło ludziom nim Pan zeszedł na ziemię, gdy co dzień był Wielki Piątek? Dziw, że od samego lęku wszyscy nie pomarli...
Babki kościelne, niezdatne do innej pracy niż pacierze, siedzą od rana w pustym milczącym kościele przy Grobie i dumają o tych sprawach. Póki człowiek młody, nie ma czasu na rozmysły, dopiero gdy go życie zegnie wpół, a śmierć nadchodzi. Bo młody umrzeć może, ale stary musi. Ot różnica. Patrzą na życie jakby już z drugiego brzegu.
Wielka Sobota to już całkiem inny dzień. Skończona swawola złych duchów. Nie dbając o wiedźmy, można spokojnie przygotować święcone. Pod bezlistnymi lipami przy kościele, rozsiadły się wieńcem gospodynie, trzymając przed sobą odkryte koszyki z jadłem. Na spodzie bieluchne płótno, na nim chleb, podstawa życia, masło, ser krągły jak miesiąc, sól, kołacze, kiełbasa - wszystko przybrane cudnie pisankami, kwitnącym modro barwnikiem i liśćmi bukszpanu. Pisanki, owoc długiego mozołu, są dziś po raz pierwszy ukazane światu i każda z kobiet obiega ciekawie wzrokiem koszyki sąsiadek, by sprawdzić, gdzie najładniejsze jadła. Chyba u niej?
Milknie babska gromada, bo z kościoła wychodzą ministranci, za nimi ksiądz w komży, z kropidłem w dłoni. W imieniu Pana, z którego ręki pochodzą rozłożone dary, błogosławi je, by poszły ludziom na siły, na zdrowie. „Święcone” to piękna tradycja. Cóż stąd, że niegdyś pogańska? Wszystko, co poprzedzało chrześcijaństwo, było przeczuciem lub oczekiwaniem. Przez święcenie pokarmów Kościół błogosławi byt doczesny, podkreśla dostojność ciała, które dziś właśnie osiągnęło nieśmiertelność. Jedzenie stanowi afirmację życia. Chrystus Pan po zmartwychwstaniu jadł miód i rybę, by przekonać uczniów, że jest żywym człowiekiem, nie zjawą.
Chleb, ser i sól, barwione jajka, skromne pokarmy codzienne wchodzą jako aktorzy na scenę, gdzie rozgrywa się kulminacyjny punkt wielkiego Bożego cyklu. Bóg udziela nieraz rzeczom nierozumnym mocy przyczyniania się do ludzkiego zbawienia. Dlatego wszystko jest godne szacunku. I ten okruch chleba, co nie powinien spaść na ziemię, i sól, i jajko, którym domownicy będą się dzielić nazajutrz, życząc sobie wzajemnie pomyślności.
Ksiądz święcił rano wodę w chrzcielnicy, rozgarniając ją na krzyż, teraz święci wodę, wiernego przyjaciela człowieka, bez którego skapiałoby życie na ziemi. Z żadnego komina nie snuje się dym, wygaszone paleniska, bo ogień trzeba rozpalić na nowo, nowym, poświęconym płomieniem przyniesionym z kościoła. Wszystko staje się nowe na jutrzejszą niedzielę. Ogień, woda i chaty, i jadła, i serca obmyte żalem.
Godzina, w której zmartwychwstał Chrystus Pan stanowi tajemnicę Nieba. „O nocy zaprawdę błogosławiona, ty jedna znasz czas: godzinę, w której Chrystus wstał z grobu” - śpiewa Kościół. Dlatego rezurekcja bywa obchodzona o różnych porach, w Wielką Sobotę wieczorem lub w Niedziele o świcie. Rezurekcja ściśle związana z Polską, gdyż tylko polska liturgia wprowadza ten akcent triumfu, owo Te Deum Laudamus narodu.
Wielka noc. Święta noc, która grzechów ciemności blaskiem ognistego słupa rozproszyła. Błogosławiona noc, co zmywa winy, przywraca niewinność upadłym, radość smutnym, otwiera groby i jasność zsyła w przepaście. O nocy, w którą sprawy niebieskie łączą się z ziemskimi, a Boskie z ludzkimi…
Po Wielkiej Nocy wesoły nam dzień nastał, którego każdy z nas żądał. Cechują go spokój i cisza. Poza nakarmieniem inwentarza nie ma żadnej roboty. Nawet gospodyni odpoczywa, położywszy spracowane dłonie na stole zasłanym obrusem. Jadło przygotowane w czasie poprzednich dni, wyśmienite, paradne, spożywane jest w skupieniu.
Stara tradycja chrześcijańska, zachowywana dotąd w wielu okolicach, nakazuje witać w tym dniu każdego napotkanego słowami: „Chrystus zmartwychwstał”. „Zmartwychwstał prawdziwie” - odpowiada pozdrowiony i wymieniają pocałunek. I choćbyś spotkał śmiertelnego wroga, przeciw któremu zapiekła w tobie nienawiść, musisz tego dnia odpuścić, darować, zapomnieć, bo ani tych słów wypowiedzieć, ani pocałunku dać nie wolno fałszywie, chowając urazę w sercu.
Po południu młodzież wyrusza na tłuczenia jaj. Trzymasz pisankę w garści, twój sąsiad podobnież. Stukacie się jajami o siebie. Oba pękną - partia nie rozegrana, jedno pęknie zwycięzca zabiera uszkodzoną pisankę i czeka na rewanż. Szczęśliwiec, któremu trafi się jajko o szczególnie mocnej skorupie, przyniesie nieraz do domu cały kosz pisanek. Obdziela nimi łaskawie dziewuchy.
Za godność i ciszę, za powagę Wielkiej Niedzieli życie bierze odwet zaraz w poniedziałek. Jeszcze noc ciemna, ledwo brzask przebija mroki, a wieś już wypełniają piski, wrzaski, krzyki, szamotanina, gonitwy, ucieczki. Pogański zwyczaj pławienia dziewcząt, zwany zależnie od dzielnicy Polski dyngusem, śmigusem, śmiergustem, trwa w pełni. Dziewczyny nie wiedzą jak się ratować? Bo zostać zawleczoną pod studnię i tam zlaną wiadrami lodowatej wody, względnie zepchniętą ze stromego brzegu do rzeki lub stawu w kwietniowy poranek nie jest miło ani zdrowo. Ale ujść na sucho, nie zostać oblaną wcale, dowodzi braku powodzenia. A zdarza się nieraz, że przekwitła dziewucha sama wyleje na siebie dobry dzbanek wody w kącie obejścia i wybiegnie na drogę, krzycząc wniebogłosy: „Tak me zlały te zarazy! Tak me zlały!”
Wrzaski, przeraźliwe piski nie ustają. Gęsi uciekają przerażone. Psy ujadają. Woda leje się strugami po drodze, w obejściach stoją kałuże. Piekielny rwetes. Na szczęście, dzwony wzywające do Kościoła kładą koniec odwiecznej zabawie.
(na podst. „Polski Rok” Zofii Kossak oprac. D. Serwach)
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|