O nas
reklama w Tygodniku Polonijnym
Reklama w Tygodniku
Prenumerata Tygodnika
Archiwum Tygodnika
Galeria Tygodnika
Nasi Sponsorzy
Ksiegarnia Tygodnika
Skontaktuj sie z nami
2006
Od Redakcji
Drodzy Czytelnicy,
Przekazujemy Państwu kolejny numer „Tygodnika Polonijnego”. Znajdą w nim Państwo wiele interesujących artykułów, opinii i felietonów. Polecamy szczególnie wspomnienie o zmarłym przed dwoma laty Jacku Kaczmarskim, Z pewnością wielu z Państwa zainteresują teksty o propozycjach nowego prawa imigracyjnego oraz wzrastających podatkach w New Jersey, proponowanych przez gubernatora
Jona Corzine’a.
Życzymy przyjemnej lektury!
Nr 13 04-04-2006
AMERYKA
Corzine’a gruszki na wierzbie
Mama z dzidziusiem

Przedstawiona przez gubernatora Jona S. Corzine’a propozycja budżetu na rok 2006-07 wywołała powszechne oburzenie. Okazało się bowiem, że demokrata nie dotrzymał swoich obietnic przedwyborczych.
W wynoszącym 36 miliardów dolarów budżecie gubernator stanu New Jersey musiał uwzględnić ogromny deficyt powstały w czasie kadencji jego poprzedników, których wydatki w ciągu ostatnich pięciu lat znacznie przekraczały wpływy. Politycy niefrasobliwie szastali pieniędzmi podatników, łatając dziury pożyczkami i pogłębiając deficyt budżetowy. Corzine miał podobno ambitne plany, jednak sytuacja finansowa New Jersey okazała się o wiele dramatyczniejsza, niż przypuszczał. Oburzenie budzi fakt, że w czasie kampanii wyborczej senator Corzine zapewniał wyborców, że nie podniesie podatków od nieruchomości, tymczasem jego ostatnie propozycje zdecydowanie temu przeczą. Czyżby nie zdawał sobie sprawy ze złej sytuacji finansowej stanu, zanim objął urząd gubernatora? I teraz, zamiast obiecanych dodatków, odbiera rezydentom stanu pieniądze, by ratować budżet.
Mieszkańcy New Jersey, którzy płacą najwyższe w kraju podatki od nieruchomości i najwyższe ubezpieczenia samochodowe, bardzo liczyli na wzrost ulg podatkowych obiecywany przez Corzine’a w jego programie przedwyborczym.
Okazało się jednak, że kandydat przeliczył się w swoich obietnicach, za co, jako gubernator, już w tej chwili jest ostro krytykowany. Po pierwsze, ulgi podatkowe od nieruchomości, którą przed wyborami obiecał znacznie podnieść, wzrosły zaledwie o 10 procent. Wywołało to wielkie rozczarowanie wśród właścicieli domów, bo zamiast obiecanych $760, otrzymają tylko $358. Ten niewielki wzrost (wynoszący zaledwie $33) i tak będzie kosztował stan 1,2 mld dolarów Jednocześnie Corzine podniósł (co prawda tylko o 0,4 dol. na każde 1,000 galonów) opłatę za zużywaną wodę. Oznacza to dla użytkownika wody dodatkowy koszt rzędu $3 do $4 rocznie. Jak zapowiedziano, pieniądze te będą przeznaczone na unowocześnianie urządzeń wodociągowych.
Poza tym, gubernator liczy na załatanie dziury budżetowej poprzez podniesienie podatku od sprzedaży (tzw. sales tax), z dotychczasowych 6% do 7%. Oznacza to, że średnie, 4-osobowe gospodarstwo domowe będzie musiało wydać dodatkowo $250 rocznie.
Kolejnym ambitnym planem Corzine’a miało być wsparcie szkolnictwa wyższego. Obiecywał, że uczyni wszystko, by brak środków finansowych nie był przeszkodą w podjęciu studiów. Stało się odwrotnie - dodatki na szkolnictwo wyższe zostały obcięte o 7.9%, czyli $169 milionów. Wiadomo, że ta decyzja odbije się bezpośrednio na studentach i że jej efektem będzie najprawdopodobniej wzrost i tak już wysokiego czesnego za studia.
Kolejnym pomysłem na załatanie ponad $4.5 -miliardowej dziury budżetowej jest podniesienie podatku od papierosów, alkoholu i luksusowych samochodów. I tak wysokość podatku za paczkę papierosów ma wzrosnąć o 35 centów, do $2.75! Również podatek za piwo pójdzie w górę, nieznacznie, ale jednak.
Niespodzianką była propozycja dodatkowych opłat dla planujacych kupno nowego samochodu. Wzrost podatku wynoszący 0.4 procent wartości auta, będzie doliczany do ceny samochodów droższych niż $45,000 oraz spalających mniej niż galon na każde 15 mil. John Wakely, manager Bergen Jaguar, twierdzi, że ten kilkusetdolarowy wzrost podatku może poważnie uderzyć w dilerów luksusowych samochodów.
Mieszkańcy New Jersey pokładali nadzieje w Corzine - wierzyli, że wykorzysta on swoje finansowe sztuczki z Wall Street by uratować New Jersey przed finansową katastrofą- mówi Alex DeCroce, poseł republikański z Morris County. - Okazało się jednak, że jego sztuczki rozpłynęły się w eterze. New Jersey jest na granicy finansowej katastrofy, a ten budżet zepchnie stan w przepaść - dodaje.
Wszystkie dodatkowe opłaty, podwyżki i cięcia sprawią, że przeciętny mieszkaniec New Jersey rocznie wyda na podatki o $1,000 więcej niż do tej pory.
I tak oto kolejny polityk, podczas walki przedwyborczej zaczarował wyborców fałszywymi obietnicami, których nie jest w stanie spełnić. W zderzeniu z rzeczywistością jego plany i ambicje okazały się absolutnie nierealne. A płacić muszą podatnicy.
Kasia Ruszkowska

Wywiad tygodnia
Zapracować na sukces
Mama z dzidziusiem

Kariera prawnicza Mary Kwapniewski rozpoczęła się 12 lat temu. Kiedy jej rodzice przybyli do Stanów Zjednoczonych w latach 60-tych, nie marzyli nawet, że losy „Marysi" (tak do dzisiaj wołają na nią rodzice) przekształcą się w pełną sukcesów karierę prawniczki.
Rodzicom, którzy nie znali angielskiego, w pierwszych latach ciężko było się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Jednak dewiza, iż tylko ciężką pracą dochodzi się w życiu do celów, pchała ich do przodu. Mama, Hanna Kwaśniewska, rozpoczęła pracę w miejskim szpitalu jako pielęgniarka. Podjęła też naukę w szkole pielęgniarskiej, jednocześnie prowadząc dom i wychowując trójkę dzieci. Do dziś mama pracuje jako pielęgniarka i z radością niesie swoją pomoc potrzebującym. Tata, Czesław, ciężko pracował w NJ Transit jako specjalista-mechanik, a dzisiaj już jako starszy człowiek, wspiera swoja córkę w drodze do sukcesu. Oboje rodzice zawsze powtarzali dzieciom, że nauka i wykształcenie są bardzo ważne i dają niezależność finansową i życiową.
W 1984 Mary rozpoczęła studia na Rutgers University na wydziale psychologii. W międzyczasie zainteresowała się również aktorstwem. Uczęszczała na zajęcia z aktorstwa i występowała w przedstawieniach wystawianych na uniwersytecie i w pobliskim teatrze. Wkrótce zaczęły pojawiać się propozycje poważnych ról pierwszoplanowych i chęć występowania na scenie rosła. Do tego stopnia, że w roku 1986 Mary postanowiła zmienić nie tylko kierunek studiów, ale i uczelnię. Przeniosła się do nowojorskiego Instytutu Lee Strasberg Theater, na wydział aktorstwa. Studiowała i z entuzjazmem uczęszczała na prywatne lekcje do znanej aktorki Lily Lodge.
Po roku intensywnej nauki na nowojorskiej uczelni Mary miała jednak uczucie, że jej rozwój intelektualny bardzo się zawęził, a wręcz zatrzymał. Odczuwała silną potrzebę rozwinięcia skrzydeł, zatęskniła za poprzednią uczelnią. W tym czasie, jak wiele młodych studentek w Ameryce, pracowała jako kelnerka. Wtedy to właśnie koleżanka z pracy zasugerowała, że z jej charakterem, osobowością, pewnością siebie i chęcią pomocy innym powinna udać się na studia prawnicze.
Mary postanowiła spróbować. Złożyła dokumenty i zdała egzaminy do wymarzonej prestiżowej szkoły prawniczej Seton Hall University School of Law. Pozwoliło jej to uwierzyć w siebie. To był jej pierwszy prawdziwy sukces. W Seton Hall University uczyła się przez następne trzy lata i coraz bardziej przekonywała, że prawo jest jej pasją. Uniwersytet skończyła w 1994 roku i zaraz potem zdobyła licencję pozwalającą praktykować prawo w stanie New Jersey i Nowym Jorku. Już podczas studiów pracowała w sądzie w departamencie zajmującym się bankructwami. Przyuczała się i nabierała doświadczenia pod czujnym okiem sędziny Rosemary Gambardela. Podczas przerw letnich współpracowała z profesorami na uniwersytecie i odbywała praktyki z przekroju całego prawa w wielu kancelariach prawnych.
Po ukończeniu studiów rozpoczęła pracę w kancelarii prawnej specjalizującej się w sprawach wypadkowych i uzyskiwaniu odszkodowań. Mary coraz bardziej zagłębiała się w sprawy przez siebie prowadzone. Reprezentowała klientów na rozprawach, przesłuchiwała świadków, lekarzy. Zdobywała informacje, śledziła fakty dokumenty i podejmowała rudne decyzje. Praktykowanie tej dziedziny prawa zajmuje dużo czasu i wymaga wielu poświęceń, jednak fascynacja prawem oraz chęć praktyki rosła.

Po kilku latach na świat przyszły dzieci Mary - Nicole i Justin. Oznaczało to koniec długich godzin pracy i życia w ciągłym biegu. Nastał czas stabilizacji. Choć praca była ekscytująca i pełna wyzwań, dla Mary to rodzina zawsze była priorytetem. Rozpoczęła pracę dla firmy ubezpieczeniowej Allstate Insurance. Sprawy przez nią prowadzone opierały się głównie na reprezentowaniu strony oskarżonej podczas procesów odbywających się przed sędzią i ławą przysięgłych. Pracując tam wygrała ponad 50 spraw przed ławą przysięgłych. Ogromne poświęcenie, nabycie nowych doświadczeń i ciężka praca po latach zostały nagrodzone. Dzięki sprawom prowadzonym dla Allstate Insurance i wielu wygranym Mary Kwapniewski otrzymała rekomendację sędziów sądu najwyższego stanu New Jersey do dyplomu dającego jej tytuł adwokata specjalizującego się w sprawach procesowych przed ławą przysięgłych. Każdy adwokat marzy o takim wyróżnieniu. Był to dla niej niesamowity zaszczyt i potwierdzenie obranego kierunku życia i drogi do sukcesu.
Dyplom ten dał jej pewność siebie i poczucie słuszności dokonywanych wyborów, zarówno na sali sądowej przed ławą przysięgłych, jak i w życiu.
Powoli zaczął się rodzić pomysł i nieśmiałe marzenie otwarcia własnej kancelarii adwokackiej. Pomysł dojrzewał, a wraz z nim narodziła się nowa myśl, by wykorzystać umiejętności językowe. Mary zawsze chciała pomagać ludziom i dzielić się z nimi swoją wiedzą, pomyślała więc, że mogłaby skupić się na Polonii, tak licznej w północnej części stanu New Jersey.
W roku 2001 Mary otworzyła własną kancelarię, która w chwili obecnej mieści się przy 854 Kearny Ave. w Kearny. Na początku ogromnym wsparciem jak zawsze okazali się rodzice, którzy podtrzymywali córkę w trudnych chwilach. Do dzisiaj, gdy wieczorami przyjmuje klientów, może być spokojna, gdyż wie, że jej dzieci są pod czułą opieką dziadków, za co jest im bardzo wdzięczna. Biuro powoli zdobywało klientów i ich zaufanie. Do dnia dzisiejszego jej pierwsi klienci wracają do Mary z kolejnymi problemami - czy to przy prostej sprawie kupna - sprzedaży domu, czy w trudnych życiowych decyzjach, sytuacjach takich jak bankructwa, rozwody. Klienci powierzają jej swoje troski, a ona stara się ich zrozumieć, wysłuchać, pomóc podjąć trudną decyzję.
W chwili obecnej kancelaria oferuje usługi w zakresie: kupno - sprzedaż domów, przefinansowania, wykroczenia drogowe, jazda pod wpływem alkoholu, sprawy cywilne, wypadki samochodowe; w pracy, obrażenia ciała, rozwody, alimenty, bankructwa, spadki oraz spisywanie testamentów. Reprezentuje ona (w sprawach o odszkodowanie, kiedy mieszkańcy skarżą miasto lub dany oddział policji o odszkodowania) również interesy miasta i miejskiej policji.
Od dwóch lat w kancelarii pracuje jej asystentka i "prawa ręka" Anna Wysocka-Kawa. Anna ukończyła National Louis University w Chicago z dyplomem Administracja w Biznesie oraz prestiżową prywatną Wyższą Szkołę Biznesu w Polsce z dyplomem Zarządzanie i Marketing. Następnie kontynuowała naukę w Londynie i Stanach Zjednoczonych. Ma dwójkę dzieci i rodzinę, co tylko utwierdza nas w przekonaniu, że kobiety wspaniale potrafią godzić karierę zawodową z życiem rodzinnym. Anna pomaga w prowadzeniu kancelarii, w kontaktach z klientami. Urodziła się i wychowała w Polsce w rodzinie prawniczej, zna kulturę i mentalność swoich rodaków, co jest bardzo pomocne w kontaktach i pracy z Polonią. Po dwóch latach wspólnej pracy Ania, tak jak Mary kilkanaście lat temu, coraz silniej, utwierdza się w przekonaniu, że prawo jest jej pasją. W najbliższej przyszłości pragnie podjąć znowu naukę i rozpocząć studia prawnicze. Przyznaje, że praca w kancelarii jest dla niej najlepszą praktyką.
Klienci Mary to w dużym stopniu społeczność polska. W chwili obecnej kancelaria nadal się rozwija, przybywa jej klientów, a co za tym idzie - powstaje realna szansa otwarcia kolejnej kancelarii i poszerzenia działalności o sprawy imigracyjne.
Mary widzi w tym nowe możliwości, Polonia nadal ma dużo pytań i problemów związanych ze sprawami imigracyjnymi. Mary pragnie pomóc, poszerzyć horyzonty o nowe dziedziny prawa. Codziennie czuje się odpowiedzialna za swoich klientów, a ich sprawy stają się jej własnymi.
Mary Kwapniewski chciałaby skorzystać z okazji, by podziękować wszystkim swoim obecnym klientom za zaufanie i chęć powracania oraz wszystkim tym, którzy w przyszłości zamierzają powierzyć jej swoje sprawy.
„TP”

FELIETON
NOBLESSE OBLIGE
Rok w rok w lipcu do kuźni polskiego boksu, czyli Ośrodka Wyszkolenia Sportowego w Cetniewie, przyjeżdżali najlepsi polscy juniorzy tworzący kadrę A. W tym samym czasie kadra B, czyli druga pięćdziesiątka, miała obóz na drugim końcu Polski w Przemyślu.
Towarzystwo było elitarne. Zawsze można było mieć pewność, że wśród uczestników obozu znajdą się przyszli medaliści olimpijscy, mistrzostw świata i mistrzostw Europy. W owym czasie polski boks był na tyle silny, że na jednych Igrzyskach Olimpijskich zdobywano nawet trzy złote medale, nie mówiąc już o innych kruszcach. Szkoleniem zajmowali się najlepsi polscy trenerzy, wśród których trafiali się medaliści mistrzostw Europy sprzed wojny.
Mówiąc o elitarności, w żadnym wypadku nie chciałbym wprowadzać kogokolwiek w błąd. W tym przypadku nie szło bynajmniej o pełnokrwiste czy może lepiej, niebiesko-krwiste rozumienie tego słowa. Pojęcie elity, którym się tu posługuję, najbliższe jest rozumieniu używanemu przez piszącego na przełomie wieków Vilfredo Federico Damaso Pareto. Dla autora “Trattato di sociologia generale” elitarność polegała na technicznej sprawności konkurowania z innymi ludźmi. Nie mniej, nie więcej. A jeżeli już, to raczej mniej niż więcej.
Elitarność sytuacji tworzyła atmosferę skłaniającą do stosownych, adekwatnych zachowań. Obóz, w którym trafiło mi się uczestniczyć, mógł być tego dowodem. Impuls prawdziwej arystokracji najpierw dał się zauważyć w zmianie ubrania, a dokładniej, w napisach noszonych na plecach górnej części dresów. Przywiezione na obóz, z nazwami dużych klubów i dużych miast, jakoś raziły oko. No bo jak to wygląda: “Legia”, “Gwardia” czy “Hutnik”. A z drugiej strony, nazwy: “ Warszawa”, “Kraków”, “Poznań”. Niektórzy nie musieli się ratować, bo na przykład “Turów” wyglądał całkiem przyzwoicie. Ja ze swoim “Koszalinem” na plecach jeszcze mogłem się przemknąć. Takich szans nie mieli ci z Warszawy. Przecież gorzej już być nie mogło. Jeden z lżejszych wag miał skądś dres z napisem “Pasłęk” i budził powszechną zazdrość. Najbardziej rażące nazwy zniknęły, choć całego problemu nie udało się do końca rozwiązać. Jest to usprawiedliwione, gdyż jak wiadomo, naprawdę poważne problemy wymagają czasu.
Udało się natomiast wypracować i utrzymać obyczaj uzupełniający apel poranny. My staliśmy w dwuszeregu. Przed nami stała kadra obozu. Jeżeli ktoś myśli, że zabrakło tam legendarnego Feliksa Stamma, to się akurat grubo myli. Coś tam zawsze mówili stosownego, co powinno wymagać skupienia i uwagi. Następnie podnoszono sztandar na maszt. Należy dodać, że uroczyście, bo przecież tej akurat czynności nie da się inaczej wykonać.
Już któregoś z pierwszych dni dwóch z tylnego rzędu odwróciło się i dyskretnie zrobiło siu. Właściwą, można rzec - przyrodzoną dla elity koleją rzeczy, natychmiast się to przyjęło i zawsze paru z rana powstrzymywało się od pójścia do latryny. Oczywiście, że wymagało to dużego poświęcenia, ale bez tego, popis na apelu nie byłby możliwy. Tak to już w życiu bywa, że osiągnięcia wymagają pewnego wysiłku i poświęcenia. “Bez pracy nie ma kołaczy” - nadzwyczaj słusznie głosi stare polskie powiedzenie.
Tak więc radosny, poranny obraz był następujący: sztandar wędruje do góry, kilku z tylnego rzędu odwraca się i sobie folguje. Reszta powstrzymuje się z ledwością od śmiechu. Rezultat pozytywny prawie dla wszystkich: sztandar łopoce dumnie na maszcie, paru z tylnego rzędu ma ulgę na twarzy, zaś reszta z ledwością tłumi w sobie dziką radość.
Obciążenia treningowe były dość duże. Dwa treningi dziennie plus zaprawa poranna, czyli bieganko po piasku, czego nikomu nie życzę. Do tego sparringi dwa razy w tygodniu i co jakiś czas różne sprawdziany. Były też obciążenia nieformalne. Otóż jest jakiś syndrom znany z westernów. Tam gdzie pojawiał się znany rewolwerowiec, tam zawsze pojawiali się różni tacy, którzy koniecznie chcieli się sprawdzić. Do dziś gdy czytam, że jakiś bokser pobił cywila, to najpierw biorę pod uwagę wzmiankowany syndrom.
Tu też zawsze można było liczyć, że podejdzie z zaczepką jakiś miejscowy czy marynarz. Rezultat był nieodmiennie ten sam. Padali jak muchy. Wobec tego próbowali z naszymi trenerami, poczciwie wyglądającymi starszymi panami - rezultat jak wyżej.
Dla osłody można było rozwijać życie towarzyskie. Były siatkarki: seniorki i juniorki, a przede wszystkim wczasowiczki. Jak zwykle w nadmorskich ośrodkach wczasowych demografia była na korzyść mężczyzn. Nie wiem gdzie mężczyźni latem się podziewali. W wojsku? Więzieniach? W robocie? To pewnie jakoś, choć nie do końca, tłumaczy tę niebiańską dysproporcję.
Niestety choroba elitarności dotarła i do tej sfery. Ktoś wymyślił, zabawny dla części uczestników, sposób traktowania kolegów spacerujących sobie z koleżankami po promenadzie. Jeżeli ofiara zapomniała się i szła w dresie, to poddawana była bezlitosnemu sprawdzianowi... Z tyłu podchodziło niepostrzeżenie dwóch i jednym szybkim ruchem ściągało dolną część. Ofiara nigdy nie zdążyła zareagować. Za to światło dzienne zawsze zdążyło oświetlić nagą prawdę. W mgnieniu oka było widać, czy spełnia ona antyczne ideały męskiego piękna, czy też nie wiadomo po co się tu przybłęda plącze. Żaba nie powinna podstawiać nogi tam, gdzie kują konie. A w tym przypadku przecież nie szło o jedną z kilku banalnych kończyn, tylko o zupełnie wyjątkową, niepowtarzalną, część męskiego ciała.
Przestrzeganie zasad bhp też nie rozwiązywało do końca sprawy. Np. idę sobie z koleżanką siatkarką z “Częstochowianki” i spokojnie rozwijam konwersację na różne interesujące tematy. Obaw w duszy nie mam, bo i powodów nie ma - wszak mam na sobie spodnie na pasku. Nie wiedziałem jednak, że wypracowano inną, niż wyżej opisana, formę koleżeńskich żartów. Podeszło kilku koleżków i nagle z całych sił ryczą mi prosto w twarz: “Obal jo!”, “Siądź na nij!” Nie za wiele da się w tej sytuacji zrobić. Co najwyżej można żyć nadzieją, że kiedyś odpłaci się pięknym za nadobne.
Kolega koledze zawsze potrafi dostarczyć sporo radości. Na przykład przychodzi kolega M. z Gdańska i mówi, że jeden “piórkowiec” jest jakby trochę ociężały i pilnie trzeba się nim zająć. Aranżujemy niby przypadkowe spotkanie z K., bo na taką literę zaczynało się jego nazwisko. Nie przytaczam w całości nazwiska ze zwykłego ludzkiego szacunku. Już jako senior, K. wygrał w meczu z Rosjanami, co nigdy nie było łatwe.
Dialog miał następujący przebieg;
- Cześć Stary. Aleś mi wrąbał! - wstępnie, choć niewątpliwie bardzo obiecująco, zagaił kolega. K. popatrzył ze zdziwieniem.
- No co, nie pamiętasz? W Białymstoku - niezrażony M. kontynuował jakby nigdy nic. K. zaczął sobie przypominać. Najwyraźniej, mimo że myślenie było dla niego nieznośnym ciężarem, mózg, ogólnie rzecz biorąc, miał prawie w porządku.
- Aleś mnie w drugiej rundzie pogonił. Myślałem, że nie wyrobię! - w ten sposób kolega dał niezbity dowód na to, że ta walka rzeczywiście się odbyła. Tępawy K. wreszcie sobie przypomniał. Może dlatego poszło mu to względnie szybko, że powiedzieliśmy mu, że tę walkę wygrał. Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć, że ta walka nigdy się nie odbyła.
Późnym wieczorem atmosfera elitarności skłaniała do zbiorowej twórczości, której charakter można byłoby - przynajmniej w niektóre dni tygodnia - określić jako artystyczny. Zaczęło się od namiotu potężnej Bydgoszczy, do którego jako sierotę z Koszalina mnie przydzielono. Mieszkańcy namiotu skandowali: “Paździor, ty masz gębę jak świńska d…!”. Dotyczyło to bardzo silnego chłopaka ze wschodniej Polski, który miał twarz trochę mongolską. Jego namiot też coś ładnego odpowiedział, bo wszędzie trafić można na ludzi uzdolnionych poetycko, i tak już dalej poszło. Warszawa, Łódź i Poznań też nie chciały być gorsze.
Pod koniec lipca spadły obfite deszcze i zalały namioty. Trzeba było brodzić w wodzie. Ciała już były wymęczone codziennym katowaniem. W takiej atmosferze odechciewało się wszystkiego, łącznie z żartami. Z ulgą więc przyjąłem zakończenie obozu.
Rozjechała się sportowa młodzież. Jedni pojechali na mistrzowskie podia. Inni do pierwszoligowej i drugoligowej młocki. Pozostali rozpłynęli się w nicości.
Edward Sołtys

Home | O nas | Numer bieżący | Reklama | Prenumerata | Archiwum | Galeria | Księgarnia | Kontakt