O nas
reklama w Tygodniku Polonijnym
Reklama w Tygodniku
Prenumerata Tygodnika
Archiwum Tygodnika
Galeria Tygodnika
Nasi Sponsorzy
Ksiegarnia Tygodnika
Skontaktuj sie z nami
2006
Od Redakcji
Drodzy Czytelnicy,
Przekazujemy Państwu kolejny numer „Tygodnika Polonijnego”. Obchodzimy mały jubileusz, to już nasz 30. numer. Mamy nadzieję, że przyzwyczaili się Państwo do naszej obecności i z radością sięgają po każdy kolejny tygodnik.W dzisiejszym numerze można znaleźć wywiad z szefową Studia 3 TVP Iwoną Rachelską, a także ostatni już odcinek opowieści o ziołach Ojca Szeligi. Polecamy też ciekawe artykuły dotyczące m.in. „kryzysu portowego” w USA, porady na temat kupna pierwszego domu, wspomnienia Polki, która wróciła do kraju oraz tekst o kryzysie tożsamości współczesnych dwudziestolatków i wiele innych artykułów, wśród których każdy znajdzie coś interesującego dla siebie.
Życzymy przyjemnej lektury!
Nr 4 01-31-2006
Wywiad tygodnia
Mama z dzidziusiem

Z Iwoną Rachelską, szefową Studia 3 PTV rozmawiała Kasia Ruszkowska z „Tygodnika Polonijnego”.

Pani Iwono, jak długo istnieje Studio 3, i skąd wziął się pomysł na założenie polskiej telewizji?

Trudno mi samej w to uwierzyć, ale za miesiąc obchodzić będziemy
14. rocznicę działalności naszego programu. A jak się zaczęło? na to pytanie mam dla Pani bardzo krótką i prostą odpowiedź. Jesienią roku 1991 zaproponowano mi współpracę i objęcie stanowiska prezydenta w korporacji wspólnie z partnerami Stefanem Pietraszkiem i Sławomirem Wesołowskim. 12 kwietnia 1992 na uroczystym otwarciu w obecności Konsula Generalnego w NY Jerzego Surdykowskiego przecięta została wstęga i tym samym - otwarte Studio 3 PTV. Cała nasza trójka - pełna zapału i energii, zdawała sobie sprawę z potrzeby propagowania wśród polonijnego środowiska polskości, naszej kultury i sztuki. Pomysłów było multum, potrzebni jednak byli sponsorzy (fundusze) i ręce do pracy. Jak zwykle na początku każdej nowej działalności oznaczało to mnóstwo pracy i cierpliwości w oczekiwaniu na efekty.
Nie wszystkim cierpliwości tej wystarczyło. Od 1995 r., po komplikacjach związanych z utrzymaniem programu, jestem jedynym właścicielem i producentem Studia 3 TV. Nadal walczę o byt i utrzymanie programu, i staram się służyć rodakom, (czyżby z racji mojej kobiecej cierpliwości i uporu?). Pomimo konkurencji nowych, mocno wspieranych finansowo programów telewizyjnych, utrzymaliśmy się na rynku. Inne programy, dysponujące znacznie wówczas lepszym sprzętem, pojawiały się i znikały . Nasza popularność nigdy nie spadła, być może dlatego, że nasz zespół redakcyjny znał zainteresowania i oczekiwania tutejszych telewidzów.

Jaki jest główny cel Pani stacji i do kogo jest ona adresowana?

Pomimo docierających do USA już od wielu lat za pośrednictwem satelity programów TV Polonia czy Polsat, zapotrzebowanie na polskojęzyczny, lokalny i przede wszystkim bezpłatny program jest wielkie. Program realizowany przez wiele lat przez naszą grupę dziennikarzy to przekrój wydarzeń, społecznych, kulturalnych i politycznych. Z ogromnym zaangażowaniem włączyliśmy się w akcje przekonywania amerykańskiego Kongresu o potrzebie poszerzenia NATO.
Zauważyła nas Ambasada PR w Waszyngtonie, zapraszając Studio3 TV jako jedyną polonijną telewizję do relacjonowania pierwszej oficjalnej wizyty premiera Jerzego Buzka w Białym Domu, Pentagonie, Kapitolu oraz Houston w Texasie.
Utrwaliliśmy m.in. wizytę premiera Włodzimierza Cimoszewicza i uroczystość wręczania Barbarze Mikulski kopii znowelizowanej Konstytucji Polski w Washingtonie.
Kamera nasza była obecna podczas wszystkich wizyt prezydentów oraz przedstawicieli polskiego rządu. Pochwalić się mogę również ścisłą współpracą z przedstawicielami Misji Polskiej przy ONZ. Z dumą pokazywaliśmy osiągnięcia Polaków w Stanach Zjednoczonych. Uczestniczyliśmy we wszystkich polonijnych wydarzeniach kulturalnych w Metropolii (galerie, aukcje, muzea, akademie, festiwale, parady, koncerty etc.).
Obiektywnie staraliśmy się mówić o sprawach trudnych dla Polaków (stosunki polsko-żydowskie, problemy Polaków w urzędach imigracyjnych), dramaty ludzkie (katastrofa samolotu 767TWA, atak terrorystyczny na NY, problemy takie jak alkoholizm, eutanazja, dyskryminacja bezdomnych, molestowanie).
Pikietowaliśmy wspólnie z organizatorami m.in. przed Pomnikiem Katyńskim, przed kościołem Matki Boskiej Częstochowskiej w Jersey City, przed urzędem senatora NJ w Newark.
Braliśmy aktywny udział w polonijnych turniejach (piłka nożna, tenis, golf, narty) spływach, rejsach żeglarskich, a w rejsie samochodowym PAN udało nam się nawet zdobyć pierwsze miejsce.
Zadaniem naszych programów było i jest pełnienie funkcji informacyjnej i edukacyjnej, co w moim pojęciu w pełni nam się udało.
Nasze imprezy towarzyskie są potwierdzeniem poparcia telewidzów oraz okazją do nawiązania z nimi bliższych kontaktów. Wierni telewidzowie oraz przyjaciele licznie przybywali na bale, pikniki czy koncerty, które zawsze były sposobnością do zebrania funduszy na cele charytatywne dla potrzebujących w Polsce lub w USA. Lista osób, którym pomogliśmy, jest bardzo długa. Liczne podziękowania od tych, którym miałam szczęście pomóc, są na to dowodem. Lubię je przeglądać w trudnych momentach, w poszukiwaniu motywacji ku dalszej działalności oraz komfortu i satysfakcji z naszych osiągnięć.
Za ciężką pracę oraz zaangażowanie otrzymaliśmy podziękowania i wyróżnienia, są wśród nich listy, dyplomy i medale z organizacji polonijnych, amerykańskich oraz innych grup etnicznych.
Proszę zauważyć, że nie bez powodu mówię w czasie przeszłym. Ubiegły rok jak na 13. przystało, był rokiem wielu trudności i problemów, przynosząc dużo zmian.
Problemy natury finansowej zmusiły mnie do skrócenia ramówki. Z koniecznością obniżenia kosztów wiązały się redukcje personalne. Obecnie została tylko mała grupa oddanych współpracowników.
Jak na optymistę przystało (i upartą kobietę - uśmiech) mam nadzieję, że rok 2006 będzie rokiem pozytywnych zmian wpływających korzystnie na naszą przyszłą działalność. Z takim właśnie optymizmem i takim życzeniem oraz w gronie przychylnych ludzi witałam Nowy Rok.

Kto z Panią współpracuje? Czy przyjmuje Pani stażystów?

Dzięki takim ludziom jak Marek Majowicz, Violeta Słodzińka, Jolanta Naklicka, Wojtek Ziembowicz, Damian Szojda, Agnieszka Pinacha, Andrzej Dobrowolski, Andrzej J. Dąbrowski, Tomasz Bagiński, Marek Podlecki, Rafal Wojczulanis, Artur Zagórski, Edward Pielarz, Zbigniew Cholewicki i wielu wielu innych, którzy poświęcali swój czas i talent dla realizacji tego ambitnego pomysłu, jakim jest Studio 3 od roku 1991.
Tu nie mogę zapomnieć o mojej mamie, Annie Czyżewskiej, która od początku popiera mnie w stu procentach i jest najbardziej lojalnym zwierzchnikiem i telewidzem.
A jeśli chodzi o staże, to nasze drzwi są zawsze szeroko otwarte dla pomysłowych i przebojowych ludzi pragnących pomóc. Zapraszam!!!!!!

Jaki jest koszt produkcji takiego programu? Czy dostaje Pani granty i wsparcie od prywatnych sponsorów?

Koszty produkcji programów w większości pokrywane są przez sponsorów wyszczególnionych w każdym programie. Ze smutkiem jednak muszę stwierdzić, że są to kwoty nie wystarczające na pokrycie wszystkich wydatków związanych z bieżącą produkcją.
Potrzebujemy większej ilości sponsorów, którzy podobnie jak ja rozumieją potrzebę tego rodzaju działalności mającej na celu przybliżenie naszym rodakom spraw bliskich ich sercu, spraw z naszego podwórka.
Kasa (uśmiech) na dzień dzisiejszy jest DEFICYTOWA. Na granty i prywatnych sponsorów nadal czekamy (znów uśmiech). Czy można się utrzymać z pracy w TV? Finansowe korzyści nie były nigdy powodem do kontynuacji tej działalności. Satysfakcja duchowa jest w tym wypadku największym wynagrodzeniem.

Kogo Pani gościła u siebie w programie? Najciekawsi goście.

Największe wrażenie na mnie wywarł kontakt z największym naszym rodakiem, Ojcem Świętym Janem Pawłem II. Mieliśmy szczęście i zaszczyt przybliżyć rodakom wybitne osobistości życia politycznego, kulturalnego i sportowego. Gośćmi naszego studia byli m.in. dr Zbigniew Brzeziński, prof. Jan Nowak Jeziorański, dr S. Burzyński, K. Oliwa, M. Czerkawski, R. Olbiński, J. Głowacki.

Pani Iwono, największe wyzwanie i największy do tej pory sukces?

Mamy swoich wiernych telewidzów, a według ostatnich danych oglądani jesteśmy w ponad 20 tys. domów! To wielki sukces!
Również fakt, że już wkrótce doczekamy się 14. rocznicy naszej działalności w tym bardzo trudnym i wymagającym środowisku, jest dla mnie powodem do wielkiej satysfakcji.

A kim prywatnie jest szefowa Studio 3? I czym jest dla niej szczęście?

Marzyciel, niepoprawna optymistka, romantyk kochający ludzi i życie. Czym jest szczęście? Szczęście to dla mnie cieszyć się w pełni życiem, rodziną, przyjaciółmi i każdą chwilą. To doczekać złotego wieku w towarzystwie ukochanej, bratniej duszy.

Pani Iwono, jakie były Pani początki w Ameryce?

Podobnie jak większość Polaków przybyłych z kraju i borykających się z problemami życia codziennego w nowym środowisku, ja również przeszłam etap aklimatyzacji, jednocześnie ciężko pracując. Próbowałam pogodzić obowiązki żony i matki, a jednocześnie pracowałam. Zawsze jednak czułam potrzebę zrobienia czegoś na większą skalę. Dla zaspokojenia potrzeb innej natury.

Czy ma Pani jakieś pasje, oprócz oczywiście Studio3?

Obcowanie z ludźmi, śpiew (moi najbliżsi nie zawsze to doceniają - śmiech) taniec, dobra lektura, narty, podróże, praca w ogrodzie, no i oczywiście gotowanie.

Jakie cechy ceni Pani najbardziej u przyjaciół?

Stare polskie przysłowie mówi - prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie - niestety też nie łatwo jest ich znaleźć. A to co bym u nich ceniła, to uczciwość, wierność, i bezinteresowność.

Pani ideał mężczyzny?

TYLKO MÓJ!!! Opiekun, przyjaciel, bratnia dusza, a gdyby był przy tym przystojny i bogaty, też by nie zaszkodziło.

Jaka jest Pani zdaniem kondycja kultury polskiej tutaj, w USA?

Dla tych, którzy chcą mieć z nią kontakt, jest on bardzo łatwy. Nie doceniana jest jednak praca wielu znanych na tym rynku promotorów sztuk i kultury którzy ciągle narzekają na obojętność i brak zainteresowania tą dziedziną przez większość polonijnych mieszkańców Metropolii NY.

Największe marzenie?

Możliwość przedłużenia mojego udziału w polonijnym życiu na okres wielu lat, kontynuując moją życiową pasję przybliżania rodaków.
Jak każda mama marzę o przyszłości w towarzystwie najbliższej rodziny . Pragnę jak najdłużej być świadkiem sukcesów mych synów, dzielić ich radości i oferować wsparcie w trudnych chwilach.

Dziękuję za rozmowę i życzę spełnienia tych marzeń oraz dalszych sukcesów.

Polacy
Wróciłam do kraju


Wróciłam! Ale jest we mnie takie drżenie, czy zrobiłam dobrze. Może gdybym była sama? Czy dzieciom jest tu dobrze? Ewelinka lubi przyjeżdżać do domu po całym tygodniu studiowania krętych ścieżek biologii i chemii i mówi mi o tym. Ale Mateusz, najgłośniej sprzeciwiający się mojej decyzji (nie ma co się dziwić, urodził się w dużym mieście, spędził w nim całe swoje piętnastoletnie życie, zostawił w nim ojca i swoich kolegów) - czy pogodził się z taką zmianą? Parę razy wydawało mi się, że uznał tę przeprowadzkę za słuszną. Najpiękniej było, kiedy przyjechał po wakacjach i powiedział „Wiesz mamo, czuję, że tu jest mój dom, bo tęskniłem”. Ale były też chwile trudne, wszyscy mieliśmy dość bałaganu związanego z remontem, ciasnoty, trudnych warunków do gotowania i mycia się. Teraz wiem, że trzeba było najpierw remontować, a potem przeprowadzać się. Poza tym remont starego, drewnianego domu powinni robić pasjonaci, a nie osoby, które chcą mieć dobre warunki do mieszkania. Ale ja tak bardzo tęskniłam do tych miejsc, ludzi. Ta tęsknota mnie tu przygnała.
Wierzę w znaki, one pomogły mi podjąć tę trudną decyzję: „moja” wolontariuszka Agnieszka, podarowała mi zakładkę do książki z napisem „ Za zasłoną ciemności, mój rodzinny dom” (oczywiście nie wiedząc, z czym się zmagam), poszłam uczyć się, a tam zajęcia o kulturze regionalnej, gnieździe rodzinnym, genealogii, czytałam książki i one wszystkie były o mnie ( np. „Prowincja” B. Kosmowskiej).
Problemem było znalezienie pracy, ale trzyletnie przekonywania miejscowego wójta przyniosły efekt w postaci posady pedagoga szkolnego w Zespole Szkół. Wiele osób gratulowało mi odwagi: kompletnie nowa praca, nowi ludzie, nowe miejsce zamieszkania, mniejsze możliwości - jak to na wsi. Ja nie czułam się odważna, rozsadzała mnie radość, że udało się wrócić i ogromna ciekawość ludzi, nowych wyzwań, po prostu, tego jak będzie.
Moje niebo
Coraz mniej zajmuje mnie polityka, nie znoszę telewizyjnych programów informacyjnych (niewiele w nich dobrych wiadomości), w ogóle niewiele oglądam w telewizji. Coraz bardziej zajmuję się tym - kim jestem, skąd pochodzę, jakie jest moje miejsce na tym świecie, co jest na tamtym świecie, gdzie on jest. Może w tym niebie nad moim podwórzem? Moje niebo najpiękniejsze jest w sierpniowe noce, kiedy spada deszcz meteorów. Siadam sobie wtedy na środku podwórza i patrzę w górę. Nic mi nie przeszkadza, mieszkam z dala od innych zabudowań i nie ma poświaty od ulicznych świateł. Jak tak długo się patrzy, to cały ten kosmos otacza powoli, otula jak kołdrą i zwala się rojem gwiazd, planet, dróg mlecznych. Przypomina mi się wtedy taka stara piosenka Natalii Kukulskiej o E.T. „… a ta mała kropeczka to ja”. Mała, ale bardzo żywotna, będąca ważną częścią tego kosmosu. Ach, gdybyż tak jeszcze umieć nazywać te wszystkie kontynenty gwiazd, te niesamowite konstalacje stworzone przez Najwyższego Architekta. Obiecuję sobie, że nauczę się, kupiłam nawet taką zmyślną, kręconą mapę nieba, która pokazuje, co gdzie jest w określony dzień i o określonej godzinie.
Siedzę tak, dopóki nie zmarznę!
Jestem artystą
Zawsze wydawało mi się, że założenie ogrodu to taka prosta sprawa. Skopać, zrobić grządki i zasiać. Ale kiedy stanęłam przed dużym kawałem ziemi, pełnej złomu, pobitych dachówek, cegieł i kamieni, to przyszło zwątpienie. Mogłam sobie wyobrazić, co czuli pierwsi osadnicy, karczujący lasy pod uprawy. Z pomocą rodziny udało się oczyścić glebę, ale jak tu siać, przecież to trzeba rozplanować! Wiedziałam, że chcę mieć dynie i słoneczniki, kwitną najpiękniej na świecie. Posiałam też inne warzywa, trochę chaotycznie, część wymarzła już w maju, posiałam jeszcze raz, i to co wyrosło było imponujące. Najpiękniejsze były oczywiście słoneczniki - trzymetrowe, ale i pozostałe rośliny pozwoliły mi na uprawianie przetwórstwa owocowo - warzywnego przez całe lato i jesień. Przebywając w ogrodzie, doszłam do wniosku, że jestem artystą, wprawdzie sztuki, często ulotnej. Ale najważniejsze jest samo tworzenie, droga do…. Obok sztuki aranżacji ogrodu, uprawiam sztukę wychowania dzieci, sztukę kulinarną, architekturę wnętrz, po prostu uprawiam sztukę życia. Niesamowite, że tu i teraz naprawdę to czuję. Radość sprawiają mi codzienne czynności. Wstaję wcześnie rano (jak kobieta do obrządku), robię sobie kawę i rozpalam pod kuchnią ogień, w świetle tego ognia znikają powolutku wszystkie czarne myśli, (że sobie nie poradzę, że zabraknie pieniędzy), które przychodzą nocą. Ta węglowa kuchnia to była
Moja fanaberia

Wiele osób odradzało mi budowanie od nowa kuchni. Najlepiej starą zburzyć, bo to tyle miejsca zajmuje, bo to jest brudniej, trzeba nosić drewno i wynosić popiół, bo ja to się cofam, zamiast iść z postępem. A ja uparłam się i mam! Jest dużo pracy przy sprzątaniu, ale jest ogromna radość. Poza tym jest w niej taka zmyślna cegiełka, która grzeje wodę na kąpiel i do zmywania. Ważne jest też to, że ta kuchnia zbudowana jest z kafli, z domu mojej babci Anny, może nie są najpiękniejsze, ale mają duszę. Jest mi lżej, bo to tak, jakby moi przodkowie stali za mną murem w trudach mojego nowego życia.
Moja druga fanaberia, to było umieszczenie zlewu kuchennego naprzeciw okna. To lepsze niż telewizor, szczególnie jak ktoś mieszka na polu, tak jak ja. Widzę, kto do nas idzie, kto przychodzi na „plażę”, ale przede wszystkim obserwuję jak budzi się dzień, jak zmienia się krajobraz od wschodu do zachodu słońca i w zależności od pór roku, jakie ptaki przylatują i odlatują, jak zachowują się na tym polu. Zimą przyczepiłam do brzozy, naprzeciwko okna, karmnik. Na to, co tam się dzieje można patrzeć godzinami.
Rosie i Mieeeecio

Teresko! Wieziemy ci kózki! - sms takiej treści dostałam dokładnie 8 maja o godz. 21.30 (datę pamiętam, to imieniny wujka). Wiadomość była od córki tegoż wujka i kompletnie zwaliła mnie z nóg. Co ja zrobię z tymi kozami? Gdzie postawię, co one będą jadły? Ja bardzo chciałam mieć kozy, ale może niekoniecznie tak szybko, chciałam przygotować się do tej hodowli teoretycznie. Kozy przejechały ok. 100 km, na tylnym siedzeniu malucha, razem ze szwagrem, samochód prowadziła siostra. Nie wiem, kto był bardziej zestresowany, kozy czy szwagier. Na szczęście kózki trafiły w dobre ręce mojego taty, który znalazł dla nich miejsce i dowiedział się, czym karmić takie kozie niemowlaki. Wkrótce nasz zwierzyniec powiększył się radykalnie, przybyły dwa koty: Zuza i King, a Saba urodziła Kacperka i Żuczka. Najśmieszniejsze jest to, jak ten cały zwierzyniec, włączając jeszcze klacz Kasztankę, maszeruje za mną np., kiedy idę urwać pietruszkę do ogrodu lub kiedy siedzimy przed domem jedząc obiad. Czekam teraz na obiecane, od mojej kochanej siostry ciotecznej, świniodziki, które podobno zachowują się tak jak psy, broniąc obejścia przed obcymi.
Moja Mama

Szkoda, że Mama tego nie doczekała, myślę sobie, nakładając poszewkę na poduszkę, Jej posażną poszewkę, z wyszytymi krzyżykami inicjałami i haftem richelieu z boku. (Boże, czy jesteśmy tylko epizodem w życiu rzeczy!).
Moja mama była nieuleczalnie chora i ta śmierć była wybawieniem od cierpień, ale to takie niesprawiedliwe, że życie wokół toczyło się, jakby nic się nie stało, świat ani odrobinę nie umarł. Po chemioterapii czuła się fantastycznie, biegała po domu, po polu jak 20-latka i tylko włosy, ledwo odrastające od skóry, pamiętały o przebytej chorobie. Wtedy na wiosnę nie wierzyłam lekarzom, którzy mówili, że to tylko chwilowa poprawa.
Moja mama żyje trochę w twarzy i kolorze włosów mojego syna; Jej zapach jest w szafie, siwy włos wrobiony przypadkiem w skarpetkę; żyje trochę na fotografiach (na jednej jest bardzo rozbawiona, bo robiłam jej to zdjęcie takim śmiesznym aparatem- lustrzanką z wężykiem).
***
Czy zrobiłam dobrze, że wróciłam tutaj, jeszcze z drżeniem, mówię, że tak! Po przejściach, zaczynam wszystko od nowa, właściwie w moim wieku ludzie są już „dorobieni”, a ja zaczynam wszystko od początku. Czasem jest tak, że tylko wyć do księżyca, ale najważniejsze jest to, że po latach spadania, wznoszę się, powoli, ale w górę. Wydaje mi się (jeszcze mi się wydaje, bo jestem tu dopiero rok), że tu więcej widzę, więcej czuję; czuję, np. że inaczej pachnie ziemia wiosną, a inaczej jesienią- mój osobisty biolog sprowadza mnie na ziemię mówiąc, że tak jest, ona ma inny skład zależnie od pory roku i dostarczanych komponentów; składu nie powtórzę, ale wcześniej tego nie czułam.
Wiosną tego roku nowe bociany uwiły gniazdo na moim podwórzu. Najpierw siedziały w deszczu, na słupie elektrycznym i wyglądały jak półtora nieszczęścia, ale jak tylko rozpogodziło się zbudowały sobie domek błyskawicznie. Udało im się nawet wydać na świat jednego potomka, który długo nie latał i myśleliśmy już, że zostanie z nami na zimę. Przed odlotem, we wrześniu całe stada tych pięknych ptaków krążyły nad podwórzem i na okolicznych polach i nasz bocian zabrał się z nimi. To gniazdo to taki znak. Dobry znak.

Home | O nas | Numer bieżący | Reklama | Prenumerata | Archiwum | Galeria | Księgarnia | Kontakt