O nas
reklama w Tygodniku Polonijnym
Reklama w Tygodniku
Prenumerata Tygodnika
Archiwum Tygodnika
Galeria Tygodnika
Nasi Sponsorzy
Ksiegarnia Tygodnika
Skontaktuj sie z nami
2006
Od Redakcji
Drodzy Czytelnicy,
W dzisiejszym wydaniu „Tygodnika Polonijnego” chcemy Państwu przybliżyć sylwetkę mecenasa polskiej muzyki w Ameryce Janusza Sporka, od lat promującego znanych polskich artystów wśród Polonii i Amerykanów. Dzięki jego niespożytej energii i entuzjazmowi możemy ich podziwiać w najlepszych salach koncertowych Nowego Jorku i innych miast Stanów Zjednoczonych. W tym numerze znajdziecie też Państwo ostatnią już część opowieści o Ingrid Bergman i Witruwiuszu, a także o ziołach Ojca Szeligi. Polecamy również artykuły o amerykańskich prezydentach, fotoreportaż z Balu Podróżnika oraz wiele innych ciekawych tekstów.
Życzymy przyjemnej lektury!
Nr 7 02-21-2006
Wywiad tygodnia
Polonijny mecenas sztuki

Z muzykiem i dyrygentem Januszem Sporkiem rozmawiała Katarzyna Ruszkowska z „Tygodnika Polonijnego”

Zbliża się kolejny, zorganizowany przez Pana koncert - kto zagra, gdzie i kiedy?
Koncert, który odbędzie się w sobotę, 18 marca o godzinie 20-ej w Alice Tully Hall - Lincoln Center, będzie koncertem, jakiego nigdy jeszcze nie było. Będziemy świadkami fantastycznych, wirtuozowskich wykonań, ale w formie niezwykle dowcipnej. Będziemy słuchać słownych komentarzy do wykonywanej muzyki, a owe wykonania będą w całkowicie niecodziennych aranżacjach. Zaznaczam, że wirtuozeria tych artystow - całej trójki - jest na najwyższym poziomie. Śmiać się będzie można zarówno, gdy oni będą mówić, jak i gdy zaczną grać. Mówię o trojgu fenomenalnych artystach: pianiście Waldemarze Malickim, skrzypku, Arturze Banaszkiewiczu i 11-letniej, cudownie uzdolnionej Ani Filochowskiej. Takiego zestawu pereł, rodem z Polski, jeszcze nia miałem..

Jak się Panu udaje zorganizować taki koncert, szczególnie w tak prestiżowym miejscu jak Lincoln Center? Przecież to wielkie wyzwanie!
Jest to istotnie ogromna praca, a jeśli zważymy, że nie mam sekretarki ani asystentów, to można by myśleć, że jest to właściwie niewykonalne, ale...Doba ma 24 godziny, jak się dobrze zorganizuje czas, to można to zrobić samodzielnie. Zaczynam od rozmowy z artystami: czy zaakceptują propozycje, czy i kiedy mają wolne terminy. Potem rozmawiam z działem rezerwacji w Lincoln Center, a gdy podpisze się już kontrakt i zapłaci depozyt, zaczyna się praca nad przygotowaniem koncertu: reklama, kalkulacja cen, rezerwacje hoteli, biletów lotniczych itp. Jest to mozolna praca, a najgorsze jest to, że mnóstwo rzeczy m u s i być zrobionych w konkretnych terminach, co strasznie kłóci się z moim znakiem zodiaku. Jako Baran nie znoszę żadnych zależności, nawet tych czasowych, nie mówiąc o szefach czy innych zewnętrznych uzaleznieniach. Szczęśliwie od dziecka lubiłem wyzwania: im bardziej ryzykowne, tym bardziej w nie wchodziłem.

Kogo Pan do tej pory zaprosił do Nowego Jorku na występ, jakie jest kryterium doboru?
Kieruję się przede wszystkim poziomem i wielkością artysty w rankingach nie tylko polskich czy europejskich, ale i światowych. Mój pierwszy koncert w Carnegie Hall odbył się w listopadzie 1999. Gościem specjalnym był prof. Józef Stompel, laureat Konkursu Chopinowskiego. Oprócz artystów polonijnych, mieszkających w USA, jak Magdalena Baczewska, Adam Makowicz, Roman Markowicz, Sławomir Dobrzański, Jacek Zganiacz, Katarzyna i Jarosław Powichrowscy, Barbara Błońska, Izabela Kobuz-Salkin, Halina Kalitka, Greczynka Matina Simegiatos, Cezary Doda, Anna Kostrzyńska, wystąpili w moich koncertach światowej sławy artyści, Beata Biliska, przedstawicielka płci pięknej przy fortepianie, Piotr Paleczny, Stasiu Drzewiecki, Sławomir Chrzanowski, Czesław Freund, Julian Gembalski, Waldemar Malicki, Tiffany CasaSante, Jadwiga Rappe, Adam Zdunikowski, Ewa Biegas, Wojciech Nowacki, Mikołaj Górecki ( śpiewacy, pianiści, skrzypkowie, dyrygenci). Były i zespoły: Chór Politechniki Śląskiej z Gliwic, Chór Mariański z Krakowa, Chór Uniwersytetu A. Mickiewicza z Poznania, orkiestra symfoniczna Uniersytetu Mary Washington z Fredericksburga w Virginii, Sinfonia Varsovia, Filharmonia Wrocławska, mój były chór Paderewski Festival Singers, chóry Siódmego Okręgu Związku Śpiewaków Polskich w Ameryce, była moja cudowna grupa wokalna „Esprit de Chorus”, byli Skaldowie, Anna Maria Jopek, Henryk Miśkiewicz, Zespół Pieśni i Tańca Śląsk, była Krystyna Prońko, Irena Jarocka i kabaret Pigwa. Przyjeżdzali kompozytorzy: Józef Świder, Wojciech Kilar, Henryk, Mikołaj Górecki.
W sumie w moich koncertach wystąpiło ponad 300 artystów polskich. Sporo, jak na blisko 7 lat. Do tego trzeba doliczyć ponad 20 artystów amerykańskich, których pokazywałem w Konsulacie RP w NY, gdy prowadziłem nowojorski oddział Fundacji Chopinowskiej, m.in. Vladimir Valjerevic, Michelle Kim, Emily White, Michael Kimmelman, Howard Aibel, że wymienię tylko kilku.

Czy Pana koncerty są elitarne? Kto na nie przychodzi ?
Wielu ludzi zarzuca mi, że nastawiam się głównie na polonijną publiczność, co ogranicza zasięg pokazania artysty. Nie jest to do końca prawdą. Kilka moich koncertów ogłaszanych było w WQXR, klasycznej stacji radiowej NY. Przeciętny człowiek nie wyobraża sobie kwot, jakie trzeba zapłacić za pół minuty reklamy. Nie stać mnie na reklamę w New York Times, więc siłą rzeczy pozostaje Polonia. Czyż nie jest to jednak wystarczający powód, aby robić te koncerty? Iluż jest rodaków, którzy podchodzą do mnie na ulicy i dziękują, że właśnie dzięki jakiemuś tam koncertowi dowiedzieli się, gdzie jest Carnegie Hall, doznali cudownych przeżyć itp. Amerykanie i tak przychodzą. Mam już wśród nich „swoją” publiczność. Mam „fanów” moich koncertów wśród Azjatów, są Rosjanie, Żydzi. Te nacje uwielbiają muzykę, a polscy artyści są niezwykle cenieni. Zainteresowanie w polonijnym środowisku jest, ale z przychodzeniem na te koncerty bywa bardzo różnie. Właśnie dlatego, że koncerty nie są elitarne, spodziewam się, że publiczność będzie coraz większa.

Skąd pomysł na organizację koncertów? Od czego się zaczęło? Pański pierwszy koncert - wspomnienie.
Od początku mojego pobytu w USA zastanawiałem się, dlaczego tak skromnie nasza muzyka i nasi artyści pokazywani są w renomowanych salach. Gdy po raz pierwszy wybrałem się do Carnegie Hall na koncert Filharmoników Wiedeńskich, którymi dyrygował Leonard Berstein, siedziałem jak zaczarowany: oto legenda amerykańskiej muzyki, wspaniały kompozytor, dyrygent, i doskonały pedagog był w zasięgu mojej ręki. Zacząłem marzyć o tym, by stanąć na tym podium. To był rok 1989. Kilka dni później spotkałem L. Bersteina w księgarni muzycznej obok Carnegie Hall. Wryło mnie w podłogę. Zauważył, że mu się przyglądam, uśmiechnął się. To ośmieliło mnie, by podejść i podziękować za koncert sprzed kilku dni. Mój angielski był jednak tak słaby, że po uściśnięciu ręki Mistrza oddaliłem się, życząc mu wszystkiego najlepszego. Wrażenie jednak pozostało… Odważyłem się dopiero, gdy poznałem lepiej poznałem język, gdy okrzepłem jako działacz, jako dyrygent generalny Związku Śpiewaków Polskich w Ameryce i Kanadzie- piszę o tym w powstającej książce, której z nadmiaru obowiązków nie mogę dokończyć. Zdecydowałem się, gdy „moje” chóry zaśpiewały Angelus Wojciecha Kilara w Hofstra University na Long Island z orkiestrą tegoż uniwersytetu, wzmocnioną przez kilkunastu polonijnych instrumentalistów. To był decydujący moment. W sumie mam na sumieniu dwanaście koncertów w Carnegie, cztery w Lincoln Center, kilkanaście w Katedrze Św. Patryka, dwa w ONZ, po jednym w Kimel Hall, gdzie pokazałem rosyjskiego, fantastycznego pianistę Alexandra Tselyakova, w słynnym Beacon Theatre na Broadway’u w kościele Św. Piotra i Fundacji Kościuszkowskiej zaprezentowałem Śląsk,. Wspomnienie? Tak, mój pierwszy koncert: zjawiłem się w Carnegie na godzinę przed próbą z orkiestrą (by dopilnować ustawienia na scenie i odebrać wypożyczone instrumenty perkusyjne). Frak położyłem na krześle za orkiestrą. Po próbie fraka nie było. Pobiegłem do garderoby, nie było. Trzeci dzwonek, dyrygent nie ma fraka. Stoję w dżinsach i lnianej koszuli jak ofiara i nie wiem, co począć. Sympatyczna Murzynka z obsługi informuje przez walki-talki, że „maestro nie ma ubrania”. Zaczyna się jakaś akcja, dzwonienie do krawców, gorączkowe poszukiwania, prof. Stompel wciska na mnie swój o pięć numerów za mały frak. Wyglądam jak strach na wróble, Jacek Zganiacz sznuruje mi buty, które odstąpił jeden z chórzystów. Zgłasza się jakaś chórzystka, która mówi, że powiesiła mój frak na wieszakach w garderobie chóru i orkiestry. Ponad dwieście piećdziesiąt wieszaków. Chórzyści ruszyli do boju. Po piętnastu minutach członkini Esprit de Chorus, Bożena Brzozowska, ze zwycięską miną wkroczyła do garderoby z przewieszonym przez rękę frakiem. Uratowany. Ale nerwy pozostały. Murzynka do dziś, przed każdym koncertem pokazuje swoje białe zęby w szerokim uśmiechu z pytaniem: Maestro, masz frak?


Skąd bierze Pan fundusze na imprezy? Czy może Pan liczyć na wsparcie rodaków?
Wie Pani, to jest tak: jestem ogromnie wdzięczny polskim biznesmenom za każdą pomoc. Zastanawiam się jednak nad polonijnymi organizacjami i biznesami. Bez problemu dają swoje pieniądze na ogłoszenia w gazetach, a mnie zawsze pytają, czy jestem „charytatywny”. W USA drużyny sportowe są prywatnymi biznesami - reklamy firm na meczach kosztują miliony dolarów. Nazywa się te firmy sponsorami i wiadomo, że ci potentaci przebijają się w wydawaniu pieniędzy na reklamę. Mam wrażenie, że naszym organizacjom nie chodzi o reklamę, one lubią być proszone o dotację, zaś wysokość tejże znacznie odbiega od nieprawdopodobnych wydatków związanych z promocją polskiej sztuki. Do kilku instytucji w ogóle już nie podchodzę. Fundusze są głównie moje, bo zawsze na „otwarcie” trzeba je mieć, potem przy pomocy sponsorów, głownie prywatnych biznesów pokrywam reklamę, i dzięki ulgom środków masowego przekazu, reszta pokrywana jest z biletów. Jest to ryzykowny interes, ale ja już bez tego nie umiem żyć. Największym wsparciem jest publiczność a o nią trzeba walczyć różnymi sposobami, na które, niestety, znów potrzeba sporych środków finansowych i koło się zamyka.

Jaki jest według Pana stan kultury i sztuki Polonii w Nowym Jorku?
To jest szalenie trudne pytanie. W salach koncertowych widzi się w większości te same twarze. Sporo ludzi ma wyrobiony jeszcze w Polsce nawyk chodzenia na koncerty. Jest wielu, którzy żałują pieniędzy na muzykę poważną, teatr, ale nie mają problemu z kabaretami, nawet bardzo niskich lotów. Jest też i tak, jak to było ze „Śląskiem” - zadzwonił jakiś pan i poprosił o dwa bilety, a żona zza pleców upominała, by zamówił te najtańsze, na co pan: przestań, wydałaś wczoraj na fryzjerkę 85 dolarów, wyglądasz, jak przedwczoraj, ale już zamówiłaś następną wizytę na przyszły tydzień.
Największą jednak krzywdę polskiej kulturze robią organizacje, które budując swoje piękne obiekty obiecywały, że zajmą się kulturą, ale jakoś nic się nie dzieje. Spójrzmy, co się stało z domami narodowymi, pomijając fakt, że kilka z nich zostało nam odebranych: albo jest tam kompletny zastój, albo zamieniły się w dyskoteki i pijalnie drinków, albo są miejscem kłótni i sporów członkowskich organizacji. Kiedyś startowałem do funkcji dyrektora d/s kultury w Centrum Polsko-Słowiańskim - zacna komisja nominacyjna, w której nie było ani jednego człowieka, który zrobiłby jakąś imprezę kulturalną, oceniła moje umiejętności jako zerowe. Czy tam się coś dzieje?
Boli to, że jesteśmy „od okazji do okazji”, a jak już się zdarzy okazja, to musimy za nią być odznaczeni i narobić szumu na cały stan. Mamy strasznie dużo kompleksów, a przede wszystkim ten, że jesteśmy w obcym kraju i poczucie „bycia ważnym” zalepia nam oczy na wszystko inne. Chwilowe poklepanie po plecach przez jakiegoś polityka powoduje zawrót głowy i kompletne zapomnienie o tym, co powinniśmy robić. Zmienić to? Oczywiście, że powinniśmy. A powinniśmy zacząć właśnie od kultury, bo tu jesteśmy potęgą na skalę światową, tu najłatwiej wpędzić Amerykanów w kompleksy. Ich kultura jest w tak ogromnej mierze zapożyczona, że oprócz Broadway’u i Hollywood nic innego nie ma. Cała reszta, to Europa i reszta świata. Wystarczy przeanalizowć, kto śpiewa w Metropolitan Opera, a między innymi śpiewa tam Mariusz Kwiecień i Małgorzata Walewska, kto gra w tych cudownych salach, czyja muzyka jest wykonywana. Gdyby nie było Beethovena, Mozarta, Haydna, to byłby tylko właściwie Berstein. A w Polsce? Jest muzyka Lutosławskiego, Szymanowskiego, Pendereckiego, Góreckiego, Kilara - przy okazji jest on kompozytorem filmowym właśnie dla Hollywood, tam też jest nasz Jan Kaczmarek. Z historii jest Moniuszko i Chopin i cała plejada geniuszy z Renesansu i Baroku. Czy my mamy się czego wstydzić? Nie! My mamy co pokazywać. Połowa polskich artystów cierpi brak światowego uznania tylko dlatego, że w kraju ojczystym też są ważniejsze sprawy niż kultura. Dlaczego - bo rządzą, czy też raczej rządzili tacy politycy, jacy byli,- pod siebie, dla siebie, a po nas choćby potop. Tymczasem eksport kultury to kopalnia złota, jeśli zainwestować w nią mądrze i z rozwagą. Polonia zbyt często jest lustrzanym odbiciem starego kraju, a przecież żyjemy tu i teraz. Tu można znacznie więcej, tylko trzeba chcieć i wyzbyć się małostkowości, wyzbyć się głupich ambicji bycia dziesiątym prezesem kolejnej organizacji. Trzeba się najzwyczajniej zapatrzyć na nasze bogactwo. A jest na co. Iluż tu mamy fantastycznie zdolnych muzyków, aktorów, architektów, biznesmenów? Polonia ciągle słabiutka, bez lobby, bez wpływów. Co robią ci poodznaczani działacze? Ano tyle, że zorganiują bankiet dla jakiegoś polityka, którego już potem boją się rozliczyć ze słów, które tak ślicznie wyrecytował pomiędzy zupą i drugim daniem. Obudźmy się wreszcie, jesteśmy zdolni, mądrzy i mamy potencjał.

Pan sam jest dyrygentem, pianistą. Czym się Pan zajmuje w przerwach między koncertami?
Jestem pianistą-pedagogiem, co nie stawia mnie w gronie artystów scenicznych. Uwielbiam uczyć, uwielbiam obserwować rozwój i postępy moich studentów. Dyrygentem chyba już nie jestem, bo nie nie mam zespołu, którym mógłbym dyrygować, choć ciągle mam nadzieję, że znajdzie się jakaś organizacja, która zgodzi sie na założenie polskiej orkiestry z muzyków, którzy tu kelnerują albo „doormenują”, albo robią wszystko, tylko nie muzykę. Mógł być znakomity chór polonijny, ale większość potencjalnych śpiewaków miała jednorazowe ambicje zaśpiewania w Carnegie, potem przestali chodzić na próby; „Dulary, panie, dulary”, to najważniejsze. Moje życie jest związane z muzyką dokładnie na co dzień. Szkoła muzyczna, która w tym roku obchodzi swoje 15-lecie, to moja codzienna praca. Z powodu koncertów nieco ją zaniedbałem, ale to ona właśnie jest moim życiem, moi uczniowie, od najmłodszych do najstarszych, to moja pasja. W czerwcu będzie wielki koncert byłych i obecnych uczniów, tych najlepszych, ale też i artystów profesjonalnych i koncert ten odbędzie się 18 czerwca w Alice Tully Hall.

Oby jak najwięcej koncertów. Życzę wytrwałości, szczęścia i kolejnych sukcesów.
Bardzo dziękuję. Pozdrawiam Redakcję Tygodnika Polonijnego, wszystkich jego Czytelników i całą Polonię. Koniecznie zaś chcę podziękować tym, którzy przychodzą na koncerty i tym z moich przyjaciół, którzy kreślą w moją stronę kółka na czole, gdy zabieram się do kolejnego ryzykownego przedsięwzięcia, w tym mojemu wspaniałemu synowi, Wojtkowi. Oczywiście dziękuję wszystkim sponsorom. Bez Was wszystkich byłoby to niemożliwe. Dzięki, moi kochani.

Home | O nas | Numer bieżący | Reklama | Prenumerata | Archiwum | Galeria | Księgarnia | Kontakt