O nas
reklama w Tygodniku Polonijnym
Reklama w Tygodniku
Prenumerata Tygodnika
Archiwum Tygodnika
Galeria Tygodnika
Nasi Sponsorzy
Ksiegarnia Tygodnika
Skontaktuj sie z nami
2006
Od Redakcji
Drodzy Czytelnicy,
W dzisiejszym wydaniu „Tygodnika Polonijnego” przybliżymy Państwu sylwetki dwóch naszych rodaków, których zdecydowanie warto poznać bliżej – Jurka Kołakowskiego i Józefa Kołodzieja.
W numerze znajdą Państwo również kontynuację cyklu Prawdziwej historii o Ojcu Szelidze i jego cudownych ziołach, ciąg dałszy opowieści o Ingrid Bergman i wiele innych interesujących materiałów.
Nr 4 01-31-2006
Wywiad tygodnia
Obyś miał marzenia...
Mama z dzidziusiem

Ze słynnym żeglarzem i podróżnikiem polonijnym Jurkiem Kołakowskim rozmawiała Kasia Ruszkowska z „Tygodnika Polonijnego”.

Świetnie Pan wygląda. Jak się udała wyprawa?
Wspaniale. To był jeden z najprzyjemniejszych rejsów w moim życiu. Żeglowaliśmy 6 dni. Wypłynęliśmy we trzech. Oprócz mnie był ze mną właściciel jachtu, kapitan Andrzej Kopczyński z Filadelfii i Krzysztof Sierat, który wydaje od lat nowojorski magazyn „Żeglarz”. Płynęliśmy na 14-letnim, ciężkim, mocnym i bardzo stabilnym jachcie „Jolanta”.
W Sylwestra polecieliśmy we dwóch z Krzysztofem do Durbanu nad Oceanem Indyjskim, przepięknego miasta w RPA. W międzyczasie dopłynął tam Andrzej, który kontynuował swój rejs dookoła świata. Ponieważ spodziewał się, że następny etap podróży (od Durbanu do Kapsztadu - przyp. red.) będzie wyjątkowo trudny, szczególnie ze względu na legendarne olbrzymie fale, występujące wzdłuż wschodniego wybrzeża Afryki, Andrzej zadzwonił do mnie miesiąc wcześniej z rejsu przez telefon satelitarny i zapytał, czy znam kogoś kto pomoże mu przepłynąć ten trudny odcinek …. Wahałem się jedną noc.

A jak sam rejs? Czy widział Pan te legendarne 20-metrowe fale?
Sam rejs, wbrew naszym przewidywaniom, był łatwy, lekki i przyjemny… Gdybyśmy wiedzieli o tym wcześniej, to zabralibyśmy ze sobą ludzi, nawet tych, którzy nigdy na morzu nie byli.
Owszem, widziałem fale, ale na szczęście nie te 20-metrowe, a wysokie na 10 metrów. Płynęliśmy z prądem Arghulas, który zaczyna się w Kanale Mozambickim i płynie z północy na południe wzdłuż Afryki. Jest to jeden z najsilniejszych prądów na kuli ziemskiej. Występujące tam silne wiatry, wiejące pod prąd z południa, powodują powstawanie olbrzymich fal. Te fale zatopiły wiele statków, które spoczywają na dnie oceanu. Nam na szczęście udało wstrzelić w świetną, niemal bezwietrzna pogodę. Dzięki temu osiągaliśmy wielką prędkość, największą ze wszystkich polskich jachtów na tym odcinku. Płynęliśmy na krawędzi fal po izobacie dwustumetrowej (linia łącząca punkty o tej samej głębokości), w odległości około 6-30 mil od brzegu. Robiliśmy pojedyncze wachty, po 4 godziny każdy. Ja wybrałem tę w nocy, od 11 pm do 3 am … Było pięknie, samoster włączony, a ja podziwiałem niebo, Krzyż Południa i gwiazdy, których nie widać na północnej półkuli. Poza tym widziałem nieprawdopodobne masy chmur - ciemnych, skłębionych…wachty były lekkie, łódka dzielna, rejs jak marzenie. Rzadko się zdarza na tym akwenie, żeby wszystko szło tak gładko…


A jak to jest kiedy trzy osoby dzielą z sobą tak małą przestrzeń przez tyle dni?
Muszę Pani powiedzieć, że to największy problem w żeglarstwie (śmiech). Konflikty są wręcz nie do uniknięcia. Gdy ludzie są zamknięci na tak małej przestrzeni, spięcia są powszechne i normalne. Dlatego mam zasadę, że nigdy nie płynę z ludźmi, których nie znam. Muszę przyznać, że po raz kolejny miałem wielkie szczęście w doborze załogi. Na większość rejsów, którym sam jestem kapitanem, staram się brać z sobą ludzi o spokojnym usposobieniu. Nie lubię pływać z szaleńcami i ponurakami, dlatego przed każdym rejsem rozmawiam z ludźmi starając się ich bliżej poznać. Lubię kiedy na pokładzie jest kobieta; po pierwsze dlatego, że jest wtedy weselej, a po drugie, że chłopcy wtedy mniej przeklinają i są spokojniejsi.
Podczas tego rejsu nie było żadnego problemu, bo znaliśmy się wszyscy od dawna i razem już pływaliśmy. Jeden jest z Warszawy, inny z Krakowa, a ja Krzyżak z Olsztyna i może dlatego tak świetnie się dogadujemy.
A sam jacht „Jolanta”, to niczym cadillac wśród jachtów: super wygodny, ciężki i bezpieczny.

Jak się Panu podobał sam Kapsztad?
Kapsztad to najpiękniejsze miasto jakie widziałem w życiu. Do portu wpływaliśmy nocą. Po drodze mijaliśmy imponujący masyw górski z dwunastoma Apostołami. Nad całym miastem króluje Góra Stołowa, płaska jak blat stołu. Pojechaliśmy tam następnego dnia kolejką linową.
W Kapsztadzie spotkaliśmy się z dr Jadwigą Dunin-Kalinowską, działaczką polonijną z Cape Town, która nas serdecznie ugościła. Na kolacji u niej poznaliśmy trzech misjonarzy z Polski. Następnego dnia zabrała nas na wycieczkę po słynnych okolicznych winiarniach, które wyglądały jak przepiękne ogrody botaniczne. Byliśmy też na safari zorganizowanym prze panią Sylwię Polańczyk, która oprowadza wycieczki posługując się czterema językami - angielskim, polskim, japońskim i rosyjskim. Ma ona w Kapsztadzie swoje biuro turystyczne.

Gdzie odczuwa Pan większą tęsknotę, na wodzie za lądem, czy na lądzie za wodą? Czego Panu brakuje kiedy jest Pan na wodzie?
W tak krótkim rejsie jak ten umiem się przestawić i nie myślę o pracy, domu, chociaż podczas tego rejsu trochę tęskniłem i wnuk mi się przyśnił. Podczas pierwszych rejsów ta tęsknota była ogromna. Teraz już żona z synem przyzwyczaili się do mojej nieobecności, a ja do rejsów. Natomiast na lądzie za morzem tęsknię zawsze… nawet dzisiaj wypłynąłbym ponownie w rejs.
Obiecałem kiedyś żonie, że po przejściu na emeryturę posiedzimy sobie na Mazurach, popływamy po jeziorku... No naturalnie, czasem sobie gdzieś wyskoczę. Wielu moich kolegów przez żeglarstwo straciło rodziny, małżeństwa. Ja uważam, że to egoizm. Jeśli się decydujesz na rodzinę, to musisz umieć zachować równowagę. Poza tym, każdy żeglarz musi mieć port, do którego wraca, nie można być zawsze „latającym holendrem” i pływać w nieskończoność. To bardzo trudne, mnie się udało może dlatego, ze moja żona Wanda żeglowała, ma nawet ukończony kurs sternika. Wanda lubi tylko relaksujące rejsy, na Karaiby, wyspy Bahama, Kubę… żadnych przechyłów. Płynąc z nią muszę zapomnieć o prędkości. Żona lubi ze mną pływać, bo czuje się wtedy bezpiecznie.

Żeglowanie, podróże są Pana sposobem na życie, pasją…
Chciałbym, ale nie jest tak do końca. Mam niestety tylko miesiąc wakacji w roku na podróże. Od 22 lat pracuję w tej samej firmie, produkującej koperty komercyjne. Prowadzę dział przygotowania produkcji. Mam 58 lat i marzy mi się wcześniejsza emerytura w wieku 62 lat. Wtedy to dopiero się zacznie…(śmiech) Muszę powiedzieć, że żeglarstwo uratowało mi życie. Ja nigdy nie chorowałem, przez 30 kilka lat nie badałem się. Kiedy przygotowywaliśmy się do wyjazdu na Arktykę, zebraliśmy się u mnie w 12 osób i zdecydowaliśmy, że przed tak poważną wyprawą zrobimy sobie badania. Poszedłem do znanego tutaj, świetnego dra. Pyza i zrobiłem badania kontrolne. Zignorowałem telefony od lekarza i nie odebrałem wyników, ale po pół roku po kolejnym telefonie od niego, syn mnie przycisnął do muru, bo okazało się, że badania krwi wykazały... raka prostaty. Ostro się spociłem, tym bardziej, że ostatnio moje trzy koleżanki zmarły na raka. Jedna nawet 30 lat nie miała. W dwa dni podjąłem decyzję – operacja. Po miesiącach spędzonych w domu wróciłem do pracy. Potem popłynąłem w rejs, odstawiłem leki, a lekarz był zaskoczony, że nic się nie działo. Najważniejsze jest to, żeby się nie poddawać chorobie i walczyć… Na razie jest fajnie, wierzę w to, że będzie dobrze….nie po to opłynąłem Przylądek Dobrej Nadziei, żeby stracić nadzieję.

Jeśli można spytać…Skąd bierze Pan fundusze na wyprawy? Czy żeglowanie to nie jest drogi sport?
Ja mam od lat jednego sponsora….moją żonę. A tak w ogóle to żeglowanie nie jest aż takie drogie. Oczywiście z czegoś trzeba czasem zrezygnować, nie można mieć przecież wszystkiego. W wydatkach na rejs zazwyczaj partycypują wszyscy jego uczestnicy. Żywność jest tania, poza tym gotujemy na jachcie. Koledzy nigdy nie biorą ode mnie pieniędzy za rejs. Powiem więcej, czasem nawet oferują mi zapłatę. Nie chcę jednak zarabiać na żeglarstwie. Doloty są bardzo drogie. W tym roku do Afryki bilety kosztowały $1700. Niewielkie pieniądze płaci mi TV Polonia za filmy, które dla nich kręcę podczas rejsów. Ostatnio za honorarium otrzymane za film kupiłem sobie świetną kamerę wideo.
Tak naprawdę to koszty rejsu są porównywalne do ceny wyjazdu na 2-tygodniowe wczasy. Poza tym jak się jest na morzu to nie ma pokus odwiedzania sklepów, knajp, a w portach jest się krótko. Najważniejsze jednak jest zebranie fajnej paki i podział ról.

Pana najciekawszy i najdłuższy rejs, najpiękniejsze miejsce…
Najciekawszy rejs… Każdy jest inny. Nie umiem powiedzieć, który był najciekawszy… Inna jest Arktyka i inna Afryka. Ja nie lubię pływać w te same miejsca, nie lubię monotonii. Ci, którzy twierdzą, że morze jest monotonne, mówią bzdury. Morze jest fascynujące i trzeba je rozumieć.
Najpiękniejsze miejsce na świecie… Zawsze odpowiadam tak samo: polskie Mazury. A dlaczego? Dlatego, że tam się urodziłem, wychowałem, tam pokochałem żagle.
Najdłuższy rejs jaki odbyłem, to był rejs po Bałtyku do Szwecji. Później popłynęliśmy do Wysp Alandzkich, leżących między Finlandią i Rosją, potem do Helsinek. Rejs trwał 6 tygodni - płynęliśmy dużym jachtem, tylko na żaglach, we czterech. Był to drewniany jacht, który ciekł i na okrągło musieliśmy wypompowywać wodę z pokładu. Powiem Pani tak: dawniej jachty były z drewna, a ludzie z żelaza, a dzisiaj jachty są jak mydelniczki plastykowe, a ludzie jak gąbki, szczególnie moi rodacy. Chłoną jak gąbki, wiadomo co… gorzej jest, jak mocniej zawieje…
Najbardziej niebezpieczny rejs? Był to mój pierwszy rejs w 1974 roku, podczas ciężkiego sztormu - 11 w skali Beuforta. Wszyscy chorowali, tylko ja i kapitan zostaliśmy na pokładzie i walczyliśmy z falami. To był mój pierwszy strach…

Czym się różni żeglowanie dzisiaj od tego sprzed 20 lat?
Morze się nie zmieniło, ocean, pogoda ta sama … zmieniła się technologia. Jachty są dzisiaj szybsze, lżejsze, wygodniejsze, z mocniejszych materiałów. Laminaty, kewlary, włókna węglowe, to te same materiały, które się stosuje w lotach kosmicznych. Nawigacja jest bardzo uproszczona, dzisiaj GPS (Global Position Satelite) kosztuje $100. Z wyżywieniem jest też dziś dużo mniejszy problem: kupuje się takie same potrawy jakie jedzą kosmonauci. Są one bezsmakowe, ale dają siły i kalorie…No i szalenie ważna sprawa, czyli sprzęt i ubrania. Kiedyś na buty gumowe mówiło się „kotwice”, bo jak ktoś wpadł do wody w tych butach, to szedł od razu na dno. Natomiast dzisiaj buciki są lekkie, a bieliznę można komfortowo nosić przez tydzień. Ubrania sztormowe „oddychają”, człowiek się w nich nie poci. Są one jednak bardzo kosztowne - sztormiak za $1500 przetestowałem na Antarktyce. Poza tym teraz mamy Internet, dzięki któremu można na bieżąco obserwować pogodę oraz poznać miejsce, w które się płynie z wyprzedzeniem.
A ludzie? Robią się bardziej wygodni, idą na łatwiznę, zdają się całkowicie na sprzęt, co czasem jest zawodne. Nie wiedzą co robić, kiedy nawali nawigator lub silnik. Pływałem jeszcze w czasach, kiedy nie było na jachtach silników. Pół Europy tak przepłynąłem, a kiedyś nawet zablokowałem żaglówką wielki prom w porcie w Helsinkach.

A jakie trzeba mieć cechy by być dobrym żeglarzem?
Jak się bardzo chce, to się wszystkiego można nauczyć. Naprawdę. Trzeba być mocnym psychicznie. Ktoś mi kiedyś powiedział: „Jurek, obyś zawsze miał marzenia, o realizacje się nie martw”. Święte słowa, bo bez marzeń, nudne to życie… Ja umiem się cieszyć z małych rzeczy, choć oczywiście chciałbym popłynąć dookoła świata…

Gdzie chciałby Pan jeszcze popłynąć?
Zostały mi dwa kontynenty - Azja i Australia, Nowa Zelandia koniecznie, Tasmania.. no i marzenie każdego żeglarza, czyli już wspomniany rejs dookoła świata. No, ale to dopiero jak będę na emeryturze.

Mogłabym Pana tak słuchać godzinami. Czy mogę liczyć na dalszy ciąg opowieści?

Oczywiście, że tak. Do następnego razu.

Dziękuję za rozmowę.

Sprawa dla reportera
Uważaj gdzie parkujesz?


To była środa, a nie piątek i do tego nie 13-tego, a 24-tego stycznia, a jednak ten dzień okazał się pechowy dla pani Jolanty z Bayonne. Wybrała się na zakupy w czasie godzinnej przerwy na lunch. Chciała kupić kilka drobnych rzeczy w sklepie ShopRite. Zaparkowała więc swój samochód na parkingu sklepowym w Jersey City. Szybko kupiła kilka artykułów spożywczych, zapakowała je do bagażnika swojego samochodu i ponieważ zostało jej jeszcze 20 minut przerwy, postanowiła udać się na chwilę do pobliskiego sklepu Macy’s. Przeszła więc ma drugą stronę ulicy, przylegającej do parkingu i nie przewidując żadnych problemów, weszła przez boczne drzwi do znanego sklepu. Kupienie swojego ulubionego kremu zajęło jej dosłownie parę minut, w końcu robiła to już od lat, więc wiedziała, gdzie go szukać. Gdy wróciła na parking, samochodu już nie było. Pierwszą myślą było: „O Boże, ukradli mi samochód”. Obszukała pośpiesznie niemały parking. Samochodu nie było. Zresztą nie miała wątpliwości, w którym miejscu go zostawiła. Gdy szukała swego auta, podjechał do niej nieoznaczony minivan, a jego kierowca spytał panią Jolantę, czy szuka swego samochodu. Kiedy przytaknęła stwierdził, że wie, gdzie on jest. Bez ogródek oznajmił jej, że został on zholowany i zaproponował podwiezienie za drobną opłatą …7 dolarów do miejsca, gdzie się obecnie znajduje. Bezskutecznie próbowała się dowiedzieć o przyczyny usunięcia jej pojazdu, ale gburowaty pan nie chciał udzielić jej żadnej odpowiedzi. Pani Jolanta spojrzała na zegarek. Była już spóźniona. Postanowiła interweniować w sklepie. Odszukała menadżera i ten nie umiał udzielić jej żadnych informacji, co stało się z jej samochodem, oprócz informacji, że firma ochroniarska, którą zatrudnia sklep, usuwa pojazdy osób, które korzystają z parkingu ShopRite’u, a robią zakupy gdzie indziej. Pani Jolanta zadzwoniła na policję pod numer 997, informując ich, że zaginął jej samochód. Odmówiono jej pomocy i powiedziano, że nie zajmują się zholowanymi samochodami. Zdesperowana pani Jolanta zadzwoniła do Ratusza Miejskiego i tam również nikt nie potrafił udzielić jej żadnych informacji. Pan z minivana ponowił ofertę. Pani Jolanta, która nie ma zwyczaju noszenia przy sobie gotówki, nerwowo przeliczyła swoje zasoby i w portfelu znalazła dokładnie 7 dolarów. Zaproponowała za podwiezienie 5 dolarów. Usłyszała: „Zapomnij”. Wręczyła więc 7-dolarowy haracz i wsiadła do samochodu, nie wiedząc dokąd się udaje. W samochodzie siedziały już 3 inne kobiety. Będąc już w samochodzie po raz pierwszy zwróciła uwagę na tablicę informacyjną: „Parking tylko dla klientów sklepu”. Pomyślała, że przecież była klientką sklepu.
Kobiety zostały dowiezione do oddalonego o 5-minut drogi małego parkingu. Na budynku widniał szyld „Danny’s Towing Co.” Wewnątrz małego, brudnego biura pani Jolanta dowiedziała się, że musi zapłacić 110 dolarów, by odzyskać swój samochód. Właściciel firmy holowniczej krzycząc poinformował wszystkie kobiety, że nielegalnie parkowały samochody na parkingu sklepu ShopRite, a robiły zakupy gdzie indziej. Jedna z kobiet, Latynoska, łamanym angielskim, ze łzami w oczach zarzekała się, że była tylko w sklepie, do którego należy parking. Pan wrzeszczał jeszcze głośniej, że jak nie zapłacą, nie odzyskają swoich samochodów. „Mamy was wszystkie nagrane na kamerze. Możecie to sprawdzić w sklepie ShopRite”. Pani Jolanta, ponowiła próbę kontaktu z policją, informując ją, że naruszono jej wolność osobistą, ale ponownie odmówiono jej pomocy. Poczuła się całkowicie bezsilna i zrezygnowana. Próbowała tłumaczyć, że była na zakupach w ShopRite, pokazała rachunek ze sklepu, ale argumenty te nie trafiały do właściciela firmy holowniczej. „Traktował nas jak śmieci”. Chciała jak najszybciej wrócić do pracy, więc widząc bezskuteczność swoich prób rozwiązania problemu, zgodziła się uiścić zapłatę, świadoma, że padła ofiarą nieuczciwych i chyba nielegalnych praktyk. Zażądano od niej gotówkę i pani Jolanta stoczyła kolejną batalię, by zgodzono się przyjąć zapłatę kartą debetową. Kiedy po dwóch godzinach odzyskała swój samochód, udała się z powrotem do niesławnego sklepu, by obejrzeć swoje zdjęcia. Nie oznakowany pan w dresowej bluzie, siedzący w samochodzie na sklepowym parkingu, wyjął małą kamerę cyfrową i pokazał pani Joli nagraną ją w momencie, gdy przekraczała ulicę oraz gdy wchodziła do sklepu Macy’s. Poprosiła o zwrot filmu, który kosztował ją 110 dolarów. „Nie ma takiej możliwości” – usłyszała pani Jola. „Podam Was do sądu, jeśli nie dostanę natychmiast tego filmu” – zagroziła zdesperowana Polka. „Nie ty pierwsza i nie ostatnia” – powiedział z szyderczym uśmiechem pan z kamerą. „Ale czy warto? Przecież z mafią nie wygram. To dobra lekcja, szkoda, że taka kosztowna” – pomyślała i udała się do pracy, spóźniona o 2 i pół godziny

Home | O nas | Numer bieżący | Reklama | Prenumerata | Archiwum | Galeria | Księgarnia | Kontakt