O nas
reklama w Tygodniku Polonijnym
Reklama w Tygodniku
Prenumerata Tygodnika
Archiwum Tygodnika
Galeria Tygodnika
Nasi Sponsorzy
Ksiegarnia Tygodnika
Skontaktuj sie z nami
2006
Od Redakcji
Drodzy Czytelnicy,
W dzisiejszym wydaniu znajdą Państwo kontynuację kilku artykułów prezentowanych w odcinkach, m. in. niezwykle ciekawy materiał o Ojcu Edmundzie Szelidze i jego słynnych ziołach pióra Jurka Majcherczyka, fragmenty listów Ingrid Bergman adresowanych do jej kuzyna Normana Boehma, a także materiał o Witruwiuszu. Zachęcamy również do zapoznania się z artykułem nadesłanym przez mecenasa Paula DeGrado, pt. „Nielegalni imigranci i co dalej...”
Życzymy przyjemnej lektury!
Nr 3 01-24-2006
SZTUKA
“Jeśli człowiek wylądował na Księżycu, to dlaczego nigdy tam na Księżycu?

Wyobraźmy sobie najbardziej nieprawdopodobną sytuację, przykładowo, że Amerykanie nigdy nie wylądowali na Księżycu. Że wszystkie zdjęcia, materiały filmowe, relacje na żywo, cały triumf w kosmosie to jedna, wielka mistyfikacja.
Brzmi jak kolejna teoria spisku? Czy też kompletna bzdura wyssana z palca? Przecież uczyli nas w szkole, że Amerykanie jako pierwsi postawili stopę na Księżycu, a potem, z biegiem lat okazało się, że jako jedyni. Mimo kolosalnego postępu technologii, komputeryzacji życia, ogromnych funduszy jakie rząd przeznacza na naukę, od tamtej pory nikt nie poszedł w ślady załogi Apollo 11.
Twórcy „Funny Thing Happened on The Way to the Moon”, niezależnego filmu dokumentalnego, stawiają bardzo ryzykowną tezę, że pierwsza wyprawa na Księżyc nigdy się nie odbyła.
Reżyser, Bart Sibrel twierdzi, że cała ekspedycja była spreparowana przez rząd amerykański w ramach wyścigu nuklearnego ze Związkiem Radzieckim.
Bill Kaysing, znany autor technicznych publikacji oraz zaawansowanych badań w Rocketdyne Systems (firma, która zajmuje się m.in. konstrukcją silników rakietowych), już w 1959r. stwierdził, że szansa by człowiek wylądował na Księżycu wynosi 0.0014%. W swym stwierdzeniu Kaysing brał pod uwagę efekt promieniowania, mikro-meteoryty, oraz rozbłysk słoneczny.
Mimo to, już 2 lata później, prezydent John F. Kennedy wygłosił słynną przemowę, w której złożył deklarację, że „ .. do końca dekady, wyślemy człowieka na Księżyc i z powrotem. To będzie najbardziej spektakularna wyprawa w kosmos w historii ludzkości”. 8 lat później, Amerykanie wylądowali na Księżycu. A przynajmniej tak nam mówiono.
Warto pamiętać, że w tamtym czasie przewaga Rosjan w przestrzeni kosmicznej była druzgocąca - jako pierwsi wysłali w kosmos sztucznego satelitę, mieli też w kosmosie pierwszego człowieka, pierwszy spacer w kosmosie i na orbicie ziemskiej, pierwszą kobietę, pierwszą załogę w kosmosie i pierwsze spotkanie dwóch statków kosmicznych w przestrzeni kosmicznej. Na każdą godzinę jaką Amerykanie spędzili w przestrzeni kosmicznej, na Rosjan przypada 20. Wysłanie Amerykanów na Księżyc było sprawą honoru.
Twórcy filmu przedstawiają wiele dowodów na poparcie swojej tezy. Po pierwsze, obecność tzw. radioaktywnych pierścieni Van Allen, otaczających Ziemię na wysokości 1000 mil. Warstwa obręczy wynosi ok. 25,000 mil i jak do tej pory załoga Apollo 11 jako jedyna przedostała się poza ich obręb. Nawet załoga wahadłowca Discovery, która w 1998r., czyli 30 lat po Apollo (pamiętajmy o postępie technologii) oddaliła się od Ziemi jedynie na 350 mil, odczuwała to niezwykle silne promieniowanie, mimo zamkniętych oczu. Stwierdzono już dawno, że promieniowanie tych kręgów jest bardzo szkodliwe dla zdrowia, i zarówno przed 1969r., jak i po wyprawie Apollo, żadnej z załóg nie udało się przekroczyć tej radioaktywnej granicy.
Kolejne pytanie brzmi: dlaczego powstało tak mało zdjęć na Księżycu? Po drugie, dlaczego nikt z załogi nie wpadł na to, by zrobić zdjęcia nieba z gwiazdami? Przecież była to wspaniała okazja na odkrycie nowych galaktyk! Twórcy filmu udowadniają, że zdjęcia są nieprawdziwe i że są oświetlone sztucznie z różnych stron, co sprawia, że cienie na fotografiach się krzyżują. Jest też materiał z samego pokładu Apollo 11, który według Sibrela jest niezbitym dowodem na to, że cała wyprawa była sfingowana.
A co do samej załogi… jak to się stało, że Neil Armstrong nie udzielił nigdy wywiadu poza murami NASA? Dlaczego wysokiej rangi urzędnik NASA zrezygnował ze stanowiska dzień przed wylotem Apollo 11 w kosmos? Przecież powodzenie ekspedycji gwarantowało mu pozycję i sławę! Wreszcie, najbardziej banalne pytanie jakie się nam nasuwa brzmi: Dlaczego od 40 lat nie powtórzono wyprawy na Księżyc?
Sprawa nie mieści się w głowie. Zanim jednak uznamy ją za kompletną bzdurę, proponuję obejrzec film albo poszukać materiałów na jego temat na internecie. Jako obywatele mamy często bezgraniczne zaufanie do rządu i mediów. Czy zawsze słusznie?
tp

PRAWDZIWA HISTORIA OJCA SZELIGI I JEGO AMAZONSKICH ZIÓŁ. Część II.
HISTORIA VILCACORY
Mama z dzidziusiem

Z Amazonii do uniwersyteckiego laboratorium.
Amazońscy Indianie znają Vilcacore czytaj Łilkakorę (Święte Zioło) od niepamiętnych czasów i nadal ja piją. Trzeba było wieków, żeby świat poznał Vilcacorę i tajemnice naturalnego leczenia, stosowane przez plemiona Pirów, Machiquengów czy Aszaninka... Obcym odsłaniali te tajemnice niechętnie. Nic wiec dziwnego ze ksiądz Szeliga, aby dokładnie poznać jej zastosowanie i walory lecznicze przeżył z nimi większą cześć swojego życia, bo ponad 50 lat. Poszukiwacze przygód, czy inni misjonarze też próbowali posiąść tajemnice Indian, ale zazwyczaj były to wyrwane fragmenty tej wiedzy, gdyż ich spotkania z Indianami trwały za krotko i nie zawsze udawało się im zdobyć ich zaufanie.
Udało się to naszemu rodakowi Ojcu Szelidze. Zdawał on sobie jednak sprawe ze wartość jego odkrycia powinna i musi być zweryfikowana przez naukę. Dlatego też swoje spisane spostrzeżenia wraz z niedużymi torebkami wypełnionymi Vilcacora zaczął rozsyłać po świecie. Wiedział ze nie może na szeroka skale pomagać chorym ludziom dopóki naukowo i medycznie nie zostaną potwierdzone walory lecznicze tego zioła zwanego "Una de Gato", czyli Koci Pazur. (Wytłumaczenie wzajemności nazw- Vilcacora i Una de Gato, znajdować się będzie w następnym wydaniu TP, w artykule opisującym szczegółowo każde zioło.)
Światowe niedowierzanie.
Czasie wieloletniego pobytu wśród Indian ojciec Szeliga, poznane rośliny lecznicze oddawał do badań laboratoryjnych na Uniwersytecie w San Marcos w Limie. To właśnie tam po raz pierwszy ustalono skład chemiczny Vilcacory. Rezultaty były zaskakujące a wręcz szokujące. O.Szeliga jednak wiedział ze potrzeba te badania potwierdzić na innych uczelniach. W 1962 roku, również na jego prośbę, wszechstronnie zbadali ją Włosi na Uniwersytecie Neapolitańskim. W następnym roku badali ją Amerykanie na Uniwersytecie w Miami na Florydzie. Świat nie dowierzał doniesieniom, że amazońskie pnącze zawiera tak silne alkaloidy i glikozydy. Potem po Vilcacorę sięgnęli biochemicy z Anglii, Niemiec, Węgier i Australii.
Inne badania nad Vilcacora.
Kiedy prasowe sensacje towarzyszące zdumiewającym efektom leczniczym ojca Szeligi zaczęły ustępować rzetelnym informacjom naukowym, Vilcacora stała się zjawiskiem światowym i znalazła się w centrum zainteresowania współczesnej medycyny. Wielu naukowców często na własna rękę podjęło się dalszych badan.
Dr Rita Aquino z Uniwersytetu w Neapolu podejmuje badania glikozydów Vilcacory i odkrywa najskuteczniejszy z przeciwzapalnych glikozydów, nadając mu tymczasową nazwę glikozydu kwasu chinowego numer siedem.
W latach siedemdziesiątych, o cudownym leku zwanym Vilcacorą dowiaduje się Klaus Keplinger, austriacki etnobotanik i alpinista wspinający się m.in. w Andach.
W 1979 r. Keplinger zdecydował poświęcić się pracy naukowej nad Vilcacora, przedkładając ją nad alpinizm. Rezultaty swoich wieloletnich badan Keplinger publikował w czołowych pismach medycznych świata, a miano jednego z najwybitniejszych badaczy amazońskich roślin leczniczych uzyskał po opatentowaniu w USA ekstraktu z Vilcacory, przeznaczonego do badań przed klinicznych. Nazwał go grallendorą.
W 1985 r. prof. Hildeberg Wagner z Uniwersytetu w Monachium ustalił, że pięć spośród sześciu głównych alkaloidów typu oxindole znacząco pobudza system odpornościowy w kulturach bakteryjnych i u zwierząt. Alkaloidy wzmagały fagocytozę - mechanizm obronny, polegający na pochłanianiu obcych komórek oraz usuwaniu resztek i patogenów z organizmu.
W tym też czasie austriaccy klinicyści zaobserwowali, że pod wpływem odpowiedniej stymulacji, monocyty, a także granulocyty, przejmują funkcję makrofagów. Makrofagi to duże komórki posiadające zdolność pochłaniania obcych komórek. Należą do najważniejszych komórek systemu obronnego organizmu. Monocyty włączają się do reakcji immunologicznej w przypadku uszkodzenia tkanek. Wędrują strumieniem krwi do zagrożonych miejsc, gdzie fagocytują (pożerają) obce komórki.
Z kolei trzy włoskie uniwersytety, pod kierownictwem dr. Renato Rizziego z Uniwersytetu w Mediolanie, podejmują wspólne badania nad właściwościami antymutagennymi Vilcacory. Ich rezultaty spowodowały, że Vilcacora znalazła się na liście substancji naturalnych zwanych antymutagenami.
Pierwsze oficjalne wyleczenia.
W 1993 roku lekarze austriaccy monitorujący pacjentów z AIDS, przyjmujących zestawy preparatów zalecanych w tej chorobie przez ojca Szeligę, poinformowali prasę, iż po pięciu latach kuracji w organizmach ich podopiecznych nie stwierdzono obecności wirusa HIV.
W 1994 r. w Klinice Neurochirurgii Uniwersytetu w Innsbrucku poddano leczeniu Vilcacorą 10-letniego chłopca z nowotworem mózgu. Wcześniejsze naświetlanie guza i chemioterapia nie dały rezultatu. Po 8 miesiącach chłopiec, bez jakichkolwiek objawów choroby nowotworowej, wrócił do normalnego życia. Tym sposobem w stosunkowo krótkim czasie wyleczono w Innsbrucku 60 pacjentów z guzem mózgu.
Wyleczenie biznesmana.
W 1965 roku ojciec Szeliga zaczął oficjalnie leczyć preparatami roślinnymi przeróżne schorzenia, z którymi od lat borykała się medycyna. Początkowo robi to sposobem domowym, aż pewnego razu z ciężkiej beznadziejnej choroby nowotworowej wyleczył bogatego i wpływowego biznesmena z Hiszpanii. Ten odwzajemnił się tak, że wystarczyło na założenie w 1983- Peruwiańskiego Instytutu Badań Fitoterapii Andyjskiej (IPIFA). Teraz już Ojciec Szeliga może przyjmować wszystkich potrzebujących pomocy i leczyć ich ziołami z dżungli. Jednocześnie tez prowadzi własne badania kliniczne przede wszystkim na temat astmy oskrzelowej, cukrzycy, chorób reumatologicznych, nowotworowych i AIDS.
Instytut IPIfA – ostatnia nadzieja chorych.
W Instytucie zaczynają pracować lekarze, botanicy, chemicy. Tu nie ma przypadków beznadziejnych. Poddają się nie operacyjne guzy mózgu, czerniak i inne nowotwory złośliwe. W końcu po kilku latach prób poddał sie i AIDS. Są pierwsi wyleczeni. Powoli sława placówki, w której leczy się każdą chorobę z najzłośliwszymi odmianami raka włącznie, idzie w świat. Przyjeżdżają chorzy z całego świata, z całej Ameryki południowej i północnej z Europy a nawet z Japonii.
Do dnia dzisiejszego z pomocy Instytutu skorzystało około 42,000 chorych. Przeszkolono wielu lekarzy.
Wyleczono tysiące ludzi. Ojciec Szeliga mówi, że w puszczy można znaleźć naturalne leki na wszystkie choroby. Nawet na te, których jeszcze nie znamy. I ma rację. Jego sukcesy to sukcesy ludzkości w walce z chorobą. A z drugiej strony jego sukcesy to poważne niebezpieczeństwo dla wielu firm produkujących te mądre tabletki, mądrzejsze od innych.
Zaczynają pojawiać się tez pierwsi Polacy. Ale nie są to ludzie chorzy a tacy, którzy postanawiają wykorzystać osiągnięcia i sławę księdza Szeligi do własnych celów. Najpierw jednak ojciec Szeliga udziela im szczegółowego wywiadu i pokazuje wszystkie swoje tajniki przygotowania ziół i kontakty oraz zawozi ich do Amazonii, gdzie założył już pierwsze plantacje Vilcacory. A wszystko to czyni, gdyż obaj dwaj panowie z Polski, przyrzekli mu, iż otworzą przedstawicielstwo IPIFA w Polsce. O.Szelidze bardzo się to spodobało, gdyż jako patriota bardzo chciał, aby i w jego Ojczyźnie rodacy mogli korzystać z dobrodziejstw, jakie niesie jego odkrycie. Rezultatem tego wywiadu-rzeki była książka "Vilcacora Leczy Raka – Polski misjonarz o. E.Szeliga zadziwił świat" autorstwa Grzegorza Rybińskiego i Romana Warszewskiego oraz wiele artykułów prasowych i film dokumentalny o Szelidze.
Instytut w Londynie?
Zamiast w Polsce powstaje w 1999 r. w Londynie nie reprezentacja IPIFA, ale Instytut o innej nazwie: Andean Medicine Centre, który mimo tego od samego początku wykorzystuje nazwisko i kontakty o. Szeligi do prowadzenia swojej działalności. W ten oto sposób pragnienie o.Szeligi zostało brutalnie zmienione bez jego zgody i aprobaty. Gdy ksiądz się o tym dowiaduje, zrywa z nimi wszelkie kontakty i zakazuje używania swojego nazwiska i swojego oblicza. Niestety sa to tylko jego pobożne życzenia. Stary zakonnik, który do dyspozycji ma tylko dobre słowo, nie będzie używał adwokatow, aby dochodzić swoich praw w sadach. Wydaje wiec tylko oświadczenia (kopia jednego z nich jest umieszczona obok), w których zaprzecza ze gdziekolwiek na świecie, on i jego Instytut maja jakichkolwiek reprezentantów. Na stronie internetowej IPIFA www.ipifa.org można znalesc ostrzeżenie o barku jakiegokolwiek powiązania pomiędzy obu Instytutami.
I tak to od 2000 roku istniej sobie w Londynie Instytut, który działa samodzielnie i bezprawnie powołuje się na powiązania z Ojcem Szeliga i wykorzystuje jego nazwisko. Może nie było by w tym nic niebezpiecznego, gdyby nie fakt, iż od pewnego zioła rozsyłane z Londynu są bardzo wątpliwej jakości a przez to niszczą autorytet Ojca Edmunda Szeligi. Ale o tym w następnym odcinku Historii Ojca Szeligi i jego odkrycia Vilcacory.
Cdn.
. Opracował Jerzy Majcherczyk
na podstawie dostępnych w Internecie tekstów oraz własnych informacji.

Home | O nas | Numer bieżący | Reklama | Prenumerata | Archiwum | Galeria | Księgarnia | Kontakt