O nas
reklama w Tygodniku Polonijnym
Reklama w Tygodniku
Prenumerata Tygodnika
Archiwum Tygodnika
Galeria Tygodnika
Nasi Sponsorzy
Ksiegarnia Tygodnika
Skontaktuj sie z nami
2005
Nr 20 12-22-2005
Ameryka
Bogacze tego świata
Mama z dzidziusiem

Podobno bogatym fortuna sprzyja. Mogłyby o tym świadczyć ostatnie dane dotyczące majątku najbogatszych mieszkańców Ameryki, który wzrósł aż o 10 proc. w porównaniu do roku ubiegłego. Najwięcej zysku przyniosły rafinerie, hazard, nieruchomości oraz... pizza.

Według magazynu „Forbes” majątek 400 najzamożniejszych mieszkańców USA szacuje się na 1,13 bilionów (!) dolarów. Aż 26 z nich to miliarderzy.
W tym roku największe dochody w swoich firmach odnotowali właściciele gry komputerowej Casino Mogul. Firma zarobiła o 8.5 miliardów dolarów więcej w tym roku w porównaniu do roku ubiegłego. Również hazardziści nie mogą narzekać na przypływ pieniędzy. Bogacze Ruth Parasol i Russell DeLeon prowadzą swoje kasyno „PartyGaming” na Internecie. Cieszy się ono wielką popularnością. Przyniosło im ono w 2005 r. rekordowe dochody, bo wyższe o ponad 10 proc. niż w 2004 r.
Listę dziesięciu najbogatszych ludzi w USA otwiera William Gates, właściciel znanej firmy Microsoft. Jego majątek szacowany jest obecnie na 51 mld dol. 49-letni Gates ma żonę i troje dzieci. Mieszka w mieście Medina w stanie Washington. W 2005 r. zarządzana przez niego firma wypuściła na rynek 15 nowych produktów, m.in. nową wersję Windows zwaną Vista oraz nową konsolę do gier XboX 360. Gates jest założycielem fundacji wspierającej chorych na AIDS, malarię oraz wirus wątroby.
Drugi na liście bogaczy w USA jest Warren Buffett z Nebraski, inwestor i właściciel firmy Berkshire Hathaway. Wartość jego majątku wycenia się na 40 mld dol. Buffett ukończył studia wyższe na wydziale fizyki i chemii. Posiada udziały w takich firmach jak Dairy Queen, Geico, Gillette, American Express, Wells Fargo Fruit of The Loom oraz NetJets i Flight Safety. Jest wdowcem i ma troje dzieci.
Na 22 mld szacuje się majątek Paula Allena, który jest współudziałowcen firmy Microsoft. 52-letni Allen jest stanu wolnego. Podobnie jak Gates studiów nie ukończył, ale już w młodości miał tzw. smykałkę do interesu. Ostatnio wykupuje udziały w elektrowniach i rurociągach gazowych. Jest współudziałowcem studia filmowego w Hollywood „DreamWorks”, a także właścicielem drużyny futbolowej „Seattle Seahawks” oraz drużyny koszykówki „Portland Trail Blazers”. Jest pomysłodawcą prywatnej wyprawy w kosmos.
Zaledwie 4 mld uboższy od Allena jest 40-letni Michael Dell, właściciel firmy komputerowej „Dell”. Pochodzi z Teksasu, ma żonę i czwórkę dzieci. Posiada niepełne wykształcenie wyższe.
Piąte miejsce na liście najbogatszych ludzi USA zajmuje Lawrence Ellison, posiadający majątek wynoszący 17 mld dol. Ellison ma 61 lat, żonę i czworo dzieci. Był rozwiedziony trzy razy. Pochodzi z Kalifornii. Przerwał studia, by zająć się produkcją oprogramowania komputerowego. Obecnie posiada kilka firm produkujących oprogramowanie. W tym roku jego dochód z sprzedaży wzrósł o 16%.
Pierwszą dziesiątkę najbogatszych ludzi w USA zamykają członkowie rodziny Walton - Christy, Jim, S. Robson, Alice i Helen – spadkobiercy wielkiej fortuny John’a Waltona, który zginął w czerwcu 2005 r. podczas katastrofy samolotu. Pozostawił w spadku największą sieć handlową na świecie – Walmart. Mimo tego, że w ciągu ostatnich miesięcy zmniejszyła ona swoje dochody o 15 proc., to i tak jest nadal największa na świecie. Sieć posiada ponad 5100 punktów sprzedaży na świecie, które odwiedza ok. 138 mln klientów każdego tygodnia. Prezesem firmy jest brat zmarłego miliardera Rob.

Najnowsza lista największych bogaczy świata obejmuje 497 miliarderów z 43 krajów. Najwięcej wśród nich jest Amerykanów (243). Drugie miejsce zajmują Europejczycy (121). Z Azji pochodzi 70 miliarderów, z Kanady, Meksyku i Ameryki Południowej łącznie 40. Najmniej osób z listy zamieszkuje Środkowy Wschód i Afrykę (23 miliarderów).

W rankingu najbogatszych Polaków zaprezentowano sylwetki 12 najbogatszych, których majątek przekracza miliard złotych. Listę otwiera Jan Kulczyk (3,5 mld zł), na dalszych pozycjach plasują się: Zygmunt Solorz-Żak (3,4 mld zł) i ex aequo Roman Karkosik i Bogusław Cupiał (2,6 mld zł).

sc, abw


Opowieści z Syberii i Kazachstanu
Najwspanialsza zupa
Mama z dzidziusiem

Rodzina pani Danieli Moksy przed wojną mieszkała w Stanisławowie, na kresach wschodnich. 10 lutego 1940 roku o 5 rano zostali wyrwani ze snu przez oficerów NKWD. Dano im pół godziny na spakowanie. Pani Daniela trzytygodniową drogę na Syberię w bydlęcych wagonach przebyła w ...brzuchu swojej mamy. Urodziła się parę miesięcy później w Kazachstanie, w mieście Maikain Zolota pośród stepów. „Mieszkaliśmy u Kozaków, którzy mieli obowiązek przyjmowania Polaków; 5 rodzin w jednym dużym pokoju. Spaliśmy pokotem jeden obok drugiego na podłodze przypominającej klepisko”. Jak przez mgłę pamięta swego ojca, który siłą został wcielony do armii radzieckiej, a potem zapisał się do polskiej armii, z którą przeszedł cały wschodni front od bitwy pod Lenino do Berlina. Matka pracowała ciężko w kopalni złota, wykuwając kilofem rudę, w której znajdowały się odrobiny złotego kruszca.
Święta Bożego Narodzenia niczym nie różniły się od zwyczajnego dnia, bo po prostu nie wolno ich było obchodzić, ale jedne utkwiły w pamięci pani Danieli w sposób szczególny. Miała wtedy 4 lub 5 lat. Normalnie jedli tylko ich dzienną porcję czarnego chleba i popijali wodą. Dzienna racja chleba dla dzieci to 200 gram, a dla dorosłej pracującej osoby 600g. Głód i chłód był nieustannym towarzyszem każdego dnia. Tegoż wigilijnego wieczoru za stół robił przywieziony z Polski kufer, a na nim zrobiona przez mamę serweta. „Ponieważ kufer był nierówny, przytrzymywałyśmy kolanami talerze, żeby nie spadły, bo na nich była najwspanialsza zupa, jaką kiedykolwiek jadłam. A była to zupa z prosa. Najważniejsze, że była ciepła. No i były w nim kawałki pysznego mięska”. Po latach dowiedziała się od mamy, że było to mięso z ....psa. Jednak wówczas nie było to ważne, bo było to pierwsze w życiu mięso zjedzone przez panią Danielę. Pamięta też, że któregoś roku w rosyjskiej szkole, do której uczęszczała, przywieziono choinkę. Ponieważ mieszkali wsród niekończących się stepów, na których jedyną rośliną oprócz wyschniętych traw były burzany – suche krzewy, nie mogła nadziwić się, że to drzewko rośnie na jednej nodze. Ozdabiali je papierowymi ozdóbkami i nauczycielka wręczyła jej mały portret Lenina do zawieszenia. Przedarła go na pół, za co została postawiona do kąta, a pani porządnie natarła jej uszy.
„Wieczorami codziennie modliłyśmy się z mamusią i siostrą, by tatusia się kule nie imały. I przeżył całą wojnę. Odnaleźliśmy go pare miesięcy po powrocie do Polski w 1946 roku. Udało nam się tam wrócić ostatnim transportem z Kazachstanu. Ja i moja młodsza siostra, byłyśmy traktowane jak Rosjanki, bo urodziłyśmy się w Kazachstanie i nie chciano nas wypuścic do Polski. Udało się, choć wielu ludzi nie mogło powrócić. Jechaliśmy do Polski prawie 2 miesiące, ale byliśmy szczęśliwi, że wracamy do ukochanej, a przecież nieznanej ojczyzny. Wiem, że przetrwaliśmy ten koszmar dzięki wierze i modlitwie”.
Świąteczna ślizgawka
Pan Stanisław Sługowski był najmłodszym piątym dzieckiem w swojej rodzinie i miał 2,5 roku, gdy lutowego poranka 1940 roku do jego rodzinnego domu pod Stanisławowem przyszło NKWD z nakazem wyjazdu. Ojcu nakazano zaprzegać konie, zarzucił jedynie roboczą kapotę i nie pozwolono mu już wrócić do domu, by zabrać swój kożuch. Matka zdążyła spakować pierzyny, co uratowało im później życie. Na początku mieszkali w wielorodzinnym baraku, który przypominał raczej oborę. Potem ojciec pobudował dla nich oddzielny barak, bo znał się na murarce. Pierwsze dziecięce wspomnienia pana Stanisława z Krasnojarskiego Kraju na Dalekim Wschodzie w syberyjskiej tajdze, dokąd zostali wywiezieni, wiążą się ze śmiercią ojca, który umarł rok po przybyciu na Syberię na galopujące zapalenie płuc. Pracował głównie na zewnątrz na mrozie i brak kożucha zrobił swoje. Po tym zabrano im trójkę najstarszych dzieci i wywieziono w nieznane strony.
„Każde Święta Bożego Narodzenia, które pamiętam to była wielka modlitwa. Modliliśmy się codziennie, zwłaszcza za moje rodzeństwo, ale w święta w sposób szczególny. Śpiewaliśmy kolędy, a znałem ich więcej, niż teraz jest w niejednym śpiewniku. Ktoś zawsze stał na czatach, bo nie wolno nam było mówić po polsku, a tym bardziej obchodzić świąt. Matka piekła zawsze kutię, która zastępowała opłatek w wigilię. Sam nie wiem skąd miała na niego produkty. Sprzedawała różne rzeczy po ojcu i gromadziła je miesiącami. Zawsze byliśmy głodni, więc łyżka kutii była najwspanialszym daniem”. Ze świętami wiąże się pewna dziecięca historia. Ponieważ był to zwykły dzień pracy, matka jak co dzień poszła do pracy przy wyrębie lasów. Był kilkudzięsięciostopniowy mróz i na zewnątrz słychać było bawiące się rosyjskie dzieci. Razem z siostrą, mały Stasiu wychuchał na pełnej mroźnych kwiatów szybie mały otwór. Zobaczył dzieci ślizgające się na ślizgawce. Zapragnął bawić się razem z nimi. Bez zastanowienia wybiegł na boso na dwór, gdyż nie miał butów. Inne dzieci powitały go aplauzem, szczególnie, gdy zaczął robić piruety na lodzie. Zachęcony tym serdecznym przyjęciem, przemógł ogromny ziąb, który ranił stopy i kontynuował zabawę. Nawet nie spostrzegł, gdy stracił czucie w nogach i że zrobiły się one fioletowe. Jego radość była przeogromna. Zauważyła go przechodząca Rosjanka i od razu chwyciła za kark i wciągnęła do swego domu. Wsadziła jego nogi do zimnej wody, a po paru minutach na zewnątrz w śnieg. Tę czynność powtarzała wielokrotnie, aż Stasiu poczuł ból w zmarzniętych stopach. W ten sposób nieznana Rosjanka uratowała mu nogi przed odmrożeniem i amputacją. Do dziś ma też prezent otrzymany od mamy na Syberii na Gwiazdkę – modrzewiowy sęk wielkości pięści, który przypomina ludzką twarz. To była jego najwspanialsza zabawka w dzieciństwie. „To pomagało mi przetrwać przeraźliwy głód i mróz, których do dziś panicznie się boję.”
Z grona prawie tysiąca osób, które wyjechały na Syberię z okolic pana Stanisława, do Polski wróciło w 1946 roku może 25-30. „Zmieściliśmy się wszyscy na dwie furmanki. 2 tygodnie szliśmy pieszo do kolei, a potem kolejne 2 tygodnie koczowaliśmy na dworcu czekając na pociąg. 3 miesiące jechaliśmy w bydlęcych wagonach w nieludzkich warunkach. Jedynym pokarmem był suszony chleb. Na postojach Rosjanie za rubla sprzedawali kubek ciepłej wody. Zostaliśmy przywiezieni do Prochowic. Moje rodzeństwo odnalazło się dzięki PCK. Byli w sierocińcu na Śląsku, dokąd ściągnął ich jakiś zakon. Bóg wysłuchał naszych modlitw.”
Smak ziemniaków
Ojciec pani Leokadii Dody pracował przed wojną jako oficer w więziennictwie w Drohowiczu koło Lwowa i po zajęciu tych ziem przez Rosjan został aresztowany, a potem rozstrzelany w Miednoje koło Katynia. Matka, starsza siostra i ośmioletnia Leokadia zostały wywiezione do Kazachstanu. Miały to szczęście, że trafiły na dobrych oficerów, którzy przyszli po nie, gdyż pozwolili im zabrać z domu wszystko, co było potrzebne. Przez pierwszy rok mieszkali wśród stepów u Kazachów. Potem zostali przewiezieni na północ do Kajbagoru, gdzie Polacy budowali kolej. Mama była bardzo chora i nie mogła pracować. Dorabiała trochę szyciem. Po kolejnych dwóch latach zostali znów przeniesieni do Aman Karagaj, co w lokalnym języku znaczy „Dzień dobry czarny lesie”. I rzeczywiście były tam wokół lasy i jeziora. Jej 16-letnia siostra była jedyną żywicielką rodziny i pracowała ciężko w wodzie i zimnie przy kopaniu rowów melioracyjnych. Mieszkali razem w 20 rodzin w jednej długiej ziemiance i spali na pryczach poustawianych obok siebie. Leokadia uczęszczała do rosyjskiej szkoły i tam spotkała panią Józię, Polkę, która była nauczycielką. Ta potajemnie uczyła polskie dzieci języka polskiego i podtrzymywała wszystkich na duchu.
Leokadia razem z matką chodziły czasem pracować do kołchozu przy zbiórce ziemniaków. Gdy odwracali się strażnicy, zakopywały w dziurze kartofle i zaznaczały kamieniem, by potem w nocy wrócić po nie. Panował u nich straszny głód, bo dzienna racja chleba wynosiła 300 gram. Mama zamykała suszony chleb na kłódkę i nie mogły się do niego dostać, nawet gdy budziły się w nocy z bólem z głodu. Świąt żadnych specjalnie nie pamięta, bo nie wolno było świętować. „Nasze święta to głównie modlitwa, no i może gotowane ziemniaki zebrane nocą z pola, które były wtedy dla nas rarytasem”.
Do Polski przyjechały wszystkie trzy w 1946 roku i pani Leokadia pamięta, że na granicy z Polską w Brześciu miały postój i poszły po raz pierwszy od 6 lat do kościoła. Wszystkie płakały ze szczęścia. Potem wróciły w rodzinne strony mamy w okolice Łomży.

Wysłuchał Dariusz Serwach

Home | O nas | Numer bieżący | Reklama | Prenumerata | Archiwum | Galeria | Księgarnia | Kontakt