|
NYC a sprawa europejska
Hot-dog i zaufanie
W Nowym Jorku nawet zwierzęta są wielokulturowe - przekonywał dwa miesiące temu slogan na Times Square. Coś w tym jest. Wszystko, co do tej pory uważałem za zboczenia, symptomy nienormalności czy po prostu skłonność do przesady, tutaj jest normalne do bólu...
Pierwsze dwa dni pozwalają na jako-takie poznanie terenu, sposobu czytania adresów i posługiwania się mapami (to naprawdę ważne) i praw rządzących podziemiem, czyli zwyczajnym (powiedzmy) metrem. A właściwie siatką, wręcz, tuneli, pociągów, tysięcy połączeń i możliwości przesiadek, milionów pasażerów dziennie. Te dwa dni dają także możliwość na stwierdzenie, że nie warto kupować piwa w barze przy rogu 5 Av. i 55 Str. za 6 dolarów za małą butelkę Budweisera, skoro niespełna kilkanaście metrów dalej można ten sam towar kupić i wykorzystać w podobnej atmosferze za niespełna 3 dolary... Ignorantia iuris noces - jak mówi stare łacińskie przysłowie... Po tygodniu przestajemy zwracać uwagę na wszechobecny tłum. Po dwóch miesiącach zaczynają się nerwy i chęć powrotu. W pewnym jednak momencie zaczynamy dochodzić do wniosku, że już nie mamy dokąd wracać... Bo - tylko - Nowy Jork to piorunująca dawka energii o jaką trudno nawet w godzinach szczytu w którymkolwiek w europejskich metropolii...
O miejscach, które nie mogą nie wywołać piorunującego wrażenia, na - nawet - obytym europejskim podróżniku, nie sposób nie wspomnieć, choć z pewnością już o tym napisano tomy... Empire State Building, nawet w miejscowych, wywołuje żywe zainteresowanie. Nie mówiąc o turystach. Warto wiechac na górę - szczególnie nocą - by zobaczyć miasto w pełnej okazałości. Zresztą, 5 Av. (słynna Piąta Aleja) przy której stoi ESB od początku do końca zieje przepychem i umiłowaniem do wydawania zielonych pieniędzy. Wrażenie robi Centrum Rockefellera, przed którym rok rocznie w okresie świąt Bożego Narodzenia stawiana jest niespotykanych wielkości choinka. Central Park pozwala na chwilę oddechu od wielkomiejskiego świata, aczkolwiek kursujące taksówki i zaprzęgi dają wrażenie pobytu na warszawskiej starówce. O ile jednak Central Park to miejsce odwiedzane głównie przez biegających nowojorczyków, naprawdę turystycznym parkiem miasta jest Battery Park znajdujący się zaledwie kilkaset metrów od Ground Zero, czyli miejsca w którym do 11 września 2001 roku stały dwie wieże World Trade Centre. Sam Battery Park może nie należy do największych w mieście (nic nie przebije Central Parku), jednakże jest to miejsce z którego można zobaczyć oddaloną o kilka kilometrów od Manhattanu Staten Island i Liberty Island z nieśmiertelną (jak na razie) Statuą Wolności, oraz nasycić się zapachem Atlantyku oraz widokiem rzesz odwiedzających te okolice, zarówno nowojorczyków (bo to świetne odbicie od dusznego klimatu Church Str. przy której znajduje się Ground Zero) a także turystów (bo próżno szukać takiego drugiego miejsca w NY). W międzyczasie można zobaczyć prawdziwy breakdance w wykonaniu czarnych chłopaków z Queens. A na rogu zjeść znane z wielu filmów nowojorskie hot-dogi z budki... Czego więcej oczekiwać?
- To już nie to samo miasto - mówi Dennis Ruckell, nowojorczyk z polskimi korzeniami. - Dalej widać w nowojorczykach ten pęd do wolności, tą żądzę wolności, ale już nie ma tego co było przed 11 września. To miasto jest teraz miastem policyjnym. I rzeczywiście stało się miastem bezpiecznym, ale czy to znaczy, że ciekawszym? - pyta. Samo spotkanie z Dennisem może odzwierciedlać podejście nowojorczyków do wszystkiego co ich otacza. Otóż siedząc przy Washington Plaza (w pięknej, artystycznej dzielnicy Greenwich Village) dosiadł się do mnie, pytając o godzinę... Od razu, po akcencie, zauważył, że nie należę do (wybranego) grona nowojorczyków. Gdy powiedziałem, że przyjechałem z Polski, odparł, iż jego ojciec pochodzi z... Tarnowa. Na tym jego wiedza o Polsce właściwie się kończyła, może pomijając fakt, iż - gdy spytał o moje zdanie na temat nowojorskiej pogody, która w lecie rzeczywiście dała mi mocno popalić - stwierdził, że jeszcze niewiele widziałem i, że - według niego - pogoda jest... "brzydkie". Potem podał swój e-mail i sobie poszedł.
Nowy Jork to właśnie przede wszystkim ludzie, bez których na pewno nie byłby tym samym miastem. To mieszanka wielu kultur żyjących w swoistej symbiozie, rozumiejących się, tolerujących nawzajem. Z jednej bowiem strony zobaczymy wspomnianych breakdancerów, z drugiej - handlujących zegarkami w Chinatown Chińczyków. W Greenpoincie nie można przejść kilku kroków by nie usłyszeć języka polskiego czy hiszpańskiego. W Little Italy - jak sama nazwa wskazuje - dominują Włosi. Każda dzielnica to inna kultura, inny świat, inny klimat, zwłaszcza kulturalny. Nawet pisząc ten tekst o godz. 00.40 czasu nowojorskiego, słyszę za oknem hip-hopowe rymowanki w wykonaniu - zapewne - czarnoskórego, młodego człowieka w przydługiej cokolwiek bluzie i w zwisających, o wiele poniżej kroku, spodniach.
Do tego dochodzi - może to moje jeszcze zbyt świeże obserwacje - niesamowite wrażenie niespotykanego w Europie luzu, z jakim Amerykanie podchodzą do wszystkiego i wszystkich. To w Nowym Jorku spotkałem murzyna przekonującego starszą panią, że jego pies to prawdziwy facet, a nie "jakieś gówno w stylu tego tam" i wskazującego na pekińczyka siedzącego na kolanach wytapirowanej blondynki. Także w Nowym Jorku zobaczyłem człowieka, sprawiającego wrażenie biznesmena, który wyszedł właśnie z długiej i wyczerpującej pracy, który usiadł na fontannie kilka metrów obok mnie, wrzasnął, żeby nikt nie ważył mu się przeszkadzać, wyłożył się wprost na betonie, po czym założył słuchawki, zapalił cygaro i po prostu odpłynął... Od czasu do czasu dochodziły tylko z jego strony jakieś pochrząkiwania i tekst nuconej piosenki: "ona jest radykalna...".
Ale czy to wszystko rzeczywiście jest takie wspaniałe?
- Brak własnej kultury, brak jedzenia - filozoficznie zgadza się z moimi narzekaniami na paskudne amerykańskie menu Pierluiggi, Włoch, który wraz ze swoją dziewczyną Celine - Francuzką - przez ostatnie cztery tygodnie przemierzyli cztery stany USA, by w końcu wylądować w tym samym młodzieżowym hostelu co ja i oczekiwać na przyjaciela Włocha, który wykłada obecnie marketing na chicagowskim uniwersytecie. Jako Europejczycy zgodziliśmy się - popijając polskiego Żywca, zakupionego (ku mojemu wielkiemu zdziwieniu w pobliskich delikatesach) - że USA, a zwłaszcza Nowy Jork to tygiel bez dna, do którego codziennie dorzucane są nowe składniki. - Europa to Europa, nie warto nie zobaczyć Stanów, ale będę najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi, gdy postawię nogi w Rzymie - mówił Pierluiggi.
Już po czterech dniach odczuwałem podobnie. Faktem jest, że w mieście tym nie da się nudzić. Co chwila dzieje się tak wiele rzeczy, których próżno szukać w Europie, że to przyciąga i sprawia, że Nowy Jork trzeba chłonąć pełnymi piersiami. I nie da się nie wierzyć w słowa starego, poczciwego Franka Sinatry: "To miasto, które nigdy nie śpi. Kto tutaj potrafi, potrafić będzie wszędzie. New York! New York!". Z drugiej jednak strony smutne jest to, że wszystko to, co widać, zdaje się być tylko na pokaz, być sztuczne. Że ludzie dla własnego ratunku zaczepiają obcych i rozmawiają. Bo chyba rację miał jeden z pierwszych nowojorczyków, których przyszło mi spotkać - kierowcę autobusu z lotniska Johna Fitzgeralda Kennedy'ego na Manhattan, starego, siwego, zezowatego i bezzębnie uśmiechniętego murzyna. Gdy przyszedł jego młodszy kolega by policzyć pasażerów i zebrać pieniądze za przejazd i zapytał go, czy mu ufa w wyliczeniach, starszy odparł krótko. - Oczywiście, że nie. To Nowy Jork...
A teraz miną trzy miesiące...
BARTOSZ WAWRO
|