O nas
reklama w Tygodniku Polonijnym
Reklama w Tygodniku
Prenumerata Tygodnika
Archiwum Tygodnika
Galeria Tygodnika
Nasi Sponsorzy
Ksiegarnia Tygodnika
Skontaktuj sie z nami
2005
Nr 7 09-22-2005
Sprawa dla reportera
Ameryka obeszła się z nami okrutnie
Mama z dzidziusiem

W sobotę 10 września w redakcji Tygodnika Polonijnego zjawili się dwaj studenci, którzy przybyli do Stanów Zjednoczonych na początku lata w ramach programu Work and Travel. Zamiast miłych wrażeń z wakacji za oceanem i zarobionych pieniędzy wracają do Polski rozgoryczeni i zawiedzeni. Przeżyli tu bowiem prawdziwą gehennę. „Ameryka obeszła się z nami okrutnie”– podsumowują swój kilkutygodniowy pobyt w USA studenci Politechniki Poznańskiej, Andrzej Jaroszyn i Łukasz Kwiatkowski.

24-letni Andrzej Jaroszyn jest po czwartym roku budownictwa, a jego rówieśnik Łukasz Kwiatkowski zaliczył III rok na wydziale mechaniki i budowy maszyn. Andrzej pochodzi z Poznania, Łukasz z Janikowa w woj. kujawsko-pomorskim. Poznali się w jednym z biur pośrednictwa pracy w Poznaniu, gdzie obaj załatwiali formalności związane z przyjazdem do USA w ramach programu rządowego Work and Travel. Obaj zgodnie twierdzą, że wybierając się za ocean wierzyli, że oprócz tego, że zasilą nieco swój budżet, to przeżyją tu miłe wakacyjne chwile, zwiedzą Amerykę i podszlifują język angielski.

Poszukiwanie oferty pracy

Procedura załatwiania wyjazdu w ramach tego programu trwa kilka miesięcy i jest dość prosta. Wystarczy uiścić opłatę wysokości 8000 złotych tj. ok. 2500 dolarów i poszukać oferty pracy. W opłatę tę jest m.in. wliczony przelot w obie strony i ubezpieczenie od wypadku. Wpłaty należy dokonać przed otrzymaniem wizy. Po otrzymaniu wpłaty biuro poszukuje pracodawcy w USA i kieruje do konkretnej pracy. Sprawę na terenie USA przejmuje organizacja Council. Andrzej poszukiwał pracy kelnera, Łukasz barmana. Planowali wyjazd na czerwiec, a powrót na koniec września. Zamierzali pracować przez trzy miesiące, a w czwartym zwiedzać Amerykę. Zaproponowano im dwie formy poszukiwania ofert pracy – za sprawą Targów z udziałem wystawców z USA oraz za pośrednictwem firmy Atlas. Niestety żadną z tych dróg nie udało im się znaleźć żadnej godnej uwagi oferty pracy. Biuro zaoferowano im zatrudnienie w firmie budowlanej. Studenci przyjęli ofertę i skontaktowano się z ofertodawcą z Florydy, niejakim Marcinem Archackim z Pensacoli na Florydzie, a ten zadzwonił do Andrzeja i Łukasza i omówił z nimi warunki pracy. Prowadzona przez niego i jego wspólnika T.J. Johnsona firma budowlana podobno działała na terenie Maryland. Praca miała być jednak na Florydzie. „Według umowy miałem w niej pracować jako kierowca. Specjalnie zrobiłem w ostatniej chwili międzynarodowe prawo jazdy” – powiedział nam Andrzej. Wg. kontraktu obaj mężczyźni mogli pracować u Archackiego i Johnsona od 45 do 70 godzin tygodniowo przy stawce wynoszącej od 7 do 9 dol. na godzinę. Mieli być zakwaterowani w mieszkaniu z umeblowaniem za opłatą od 50 do 75 dol. na tydzień. „Wszystko wyglądało obiecująco więc bez wahania zdecydowałem się na wyjazd do USA”- powiedział Andrzej. Decyzję o wyjeździe podjął również Łukasz.

Mieszkanie w autobusie

Po załatwieniu wszystkich formalności Jaroszyn wylądował 6 lipca na Florydzie. Z lotniska odebrał go jego przyszły pracodawca, niewiele od niego starszy, mocno zbudowany Marcin Archacki znany w Polsce z „Baru”. Przez całą drogę z lotniska do miejsca zakwaterowania milczał uparcie. W niczym nie przypominał rozmownego i miłego człowieka z którym Andrzej rozmawiał kilka dni wcześniej telefonicznie. Wreszcie dotarli pod samotny dom położony przy autostradzie. „Wyjąwszy walizki z samochodu skierowałem kroki w stronę domu. Archacki jednak powstrzymał mnie i nakazał udać się w stronę starego, blaszanego autobusu stojącego obok domu. Tam będziesz mieszkał” – powiedział wskazując na autobus. Za moment przed autobusem pojawił się Łukasz, który przybył tam tydzień wcześniej. „W autobusie na podłodze były dwa materace, stara malutka lodówka, mały stolik i dwa krzesła oraz ubikacja, z której odradzano nam korzystać ze względu na efekty zapachowe” – opowiada Andrzej. Były też karaluchy. Młody mężczyzna był zszokowany tym co ujrzał. „Chciałem go ostrzec przed tym co go czeka poprzez emaila, ale Marcin Archacki nie pozwolił mi skorzystać z internetu. Przy każdej próbie zbliżenia się do komputera, który znajdował się w zajmowanym przez niego i innych domu, groził odesłaniem mnie do Polski” – tłumaczy przejęty Łukasz, który przybył na Florydę już 29 czerwca i odtąd mieszkał w autobusie. Sam dotarł do Pensicoli po wielu trudach, spędziwszy noc na lotnisku.
Gdy Andrzej poprosił Archackiego o wyjaśnienia usłyszał, że jest to tylko tymczasowe, i że po remoncie domu, który właśnie przeprowadzano, obaj przeprowadzą się do mieszkania. Dowiedział się też, że za mieszkanie w autobusie będą musieli zapłacić z Łukaszem po 300 dolarów miesięcznie. Byli zdruzgotani. Na szczęście pozwolono im, choć nie bez ograniczeń, korzystać z kuchni i łazienki znajdujących się w domu.
W częściowo umeblowanym domu, po jednej sypialni zajmowali T.J. Johnson i Marcin Archacki, a dwa pomieszczenia dzieliła z Meksykaninem para studentów z Polski – Agata i Maks oraz Krzysztof, absolwent z Polski, który mieszkał tam już od roku. Wszyscy, z wyjątkiem Archackiego i jego amerykańskiego wspólnika Johnsona, spali na podłodze na dmuchanych matercach. Płacili tyle samo za mieszkanie co Łukasz i Andrzej tj. po 300 dolarów miesięcznie od osoby. Andrzej i Łukasz ze współczuciem przyglądali się parze studentów, Agacie i Maksowi, którzy przybyli tu zaraz po pierwszym George. Podobno przez pierwszy tydzień spali na podjeździe. Drobniutka, 20-letnia Agata, studentka I roku Uniwersytetu Warszawskiego, pracowała na równi z mężczyznami na dachu z łopatą, z wiertarką udarową, tak samo jak oni bez zabezpieczeń i podczas opadów deszczu i burzy z piorunami. „Serce się krajało patrząc na nią, a przecież obiecano jej tu posadę sekretarki” – mówi poruszony Łukasz. Od początku bardzo źle ich wszystkich traktowano. Z każdym dniem było coraz gorzej.

Wyzysk w pracy

Najpierw studenci pracowali przy remoncie domu – od rana do późnego wieczoru. Potem na dachach usuwając skutki sztormów i huraganów. „Wyrywaliśmy watę szklaną na czubku dachu, bez masek, lin, zabezpieczeń. Gdy kiedykolwiek próbowaliśmy skarżyć się grożono nam odesłaniem do Polski. Musieliśmy pracować na dachu również podczas ulewy, wiatru czy burzy z wyładowaniami. Nasi szefowie przyglądali nam się tylko z ironią. To było koszmarne” – wspomina Łukasz, który już w pierwszy dzień wpadł do dziury w dachu, gdzie było pełno gwoździ. Tylko dzięki temu, że ten silny, muskularnie zbudowany mężczyzna w ostatniej chwili uchwycił się krawędzi, nie doszło do tragedii. Pozostały jednak trwałe ślady na przedramieniu po gwoździach w postaci kilku podłużnych blizn.
Młodzi ludzie pracowali 6 dni w tygodniu po 12 do 13 godzin, a jak się potem okazało płacono im za 8 godzin dziennie, bez sobót i niedziel i jeszcze potrącano 10 procent w formie podatku. W niedzielę natomiast pędzono ich do mycia pojazdów. Jedyną ucieczką od miejsca kwaterunku były zakupy w odległym Wallmarcie dokonywane wyłącznie w niedzielę. „Musieliśmy przy tym błagać naszych bossów by nas zawieźli do sklepu w celu zaopatrzenia się w podstawowe produkty żywnościowe takie jak pieczywo, jaja czy parówki” -–twierdzi rosły Andrzej. Studenci z Polski nie mieli możliwości opuszczenia Pensacoli, bo nie mieli swojego pojazdu i byli uzależnieni od pracodawców. Wolny czas, którego było niewiele spędzali w grupie. „Od początku jednak usiłowano nas skłócić przeprowadzając indywidualne z nami rozmowy” – twierdzi Andrzej. „Ty nie zwracaj uwagi na Łukasza, bo on nie potrafi dobrze wykonać żadnej pracy. Ja wiążę z Tobą duże nadzieje. Chciałbym, byś z nami został. Nie słuchaj Łukasza, ani swojej mamy czy dziewczyny. Słuchaj tylko nas. Będziemy jak jedna rodzina. Zostań z nami, a nie pożałujesz „– przekonywał Andrzeja Archacki. Podobne słowa kierowane były do Łukasza. „Chciano nas rozbić, skłócić byśmy nie trzymali się razem. Łatwiej bowiem przejąć absolutną kontrolę nad jednostką niż trzymającą się razem grupą” – zauważa Łukasz. Obu studentów szczególnie bolał fakt bardzo złego traktowania. „Wzywano nas np. na tzw. dywanik, bez konkretnej przyczyny, i gdy nasi szefowie rozkładali się wygodnie na kanapie, nas stawiano dosłownie na baczność i udzielano głosu. To było upakarzające” – mówi z bólem Łukasz.

Zwodzenie z #SS

Zanim jeszcze wyjechali z Polski uświadomiono im, że pracując w USA będą musieli ubiegać się o numer Social Security, który otrzymają w ramach programu Work and Travel. Bez niego nie będą mogli zrealizować otrzymanych w formie wynagrodzenia czeków. Mając to na uwadze studenci prosili swoich pracodawców by ci zawieźli ich do biura Social Security w celu dopełnienia formalności. Ci jednak odwlekali sprawę tłumacząc, że to może zaczekać. Rzecz odciągnęła się do miesiąca. Nadszedł termin pierwszej wypłaty. Studenci usłyszeli, że nie mogą otrzymać czeku, bo nie mają #SS. „Byliśmy załamani. Jakoś udało nam się ubłagać Marcina Archackiego by zawiózł nas w końcu do biura SS, ale termin oczekiwania był długi. Jak nas poinformowano na #SS musimy zaczekać do kilku tygodni” – kontynuują swoją opowieść młodzi Polacy. Byli bez środków do życia przez dwa miesiące, bo w następnym miesiącu nadal nie mieli #SS. Marcin Archacki, który coraz częściej prześcigiwał się w wulgaryzmach z Amerykaninem T.J., zaproponował im wielkodusznie pożyczkę wysokości 100 dolarów. „Potrącę sobie tę kwotę z czeku” – zapowiedział.
Na początku sierpnia przyszły długo wyczekiwane dokumenty, ale nie dla Łukasza i Maksa. Numery Social Security otrzymali jedynie Agata i Andrzej. Z niejasnych przyczyn wysłane były na adres domu zamkniętego na klucz, będącego akurat w budowie i oddalonego od miejsca zakwaterowania polskich studentów o kilka mil. Gdy Polacy prosili Archackiego o podwiezienie ich na pocztę oddaloną o godzinę drogi samochodem od miejsca zakwaterowania, ten kazał im iść pieszo. Często też słyszeli przekleństwa Marcina i 35-letniego T.J-a, którzy stawali się coraz bardziej nie do zniesienia. „Zdarzało się, że chcieli nas wyrzucić z auta na środku drogi. Jak będziecie podskakiwać to zabiorą wam wizy jak dwóm studentom z Polski rok temu” – groził Marcin. Kiedyś skoczył do Łukasza grożąc uderzeniem go w twarz. Młody, dobrze wychowany mężczyzna ledwie pohamował gniew. „T.J. kazał mi coś zrobić, więc zająłem się tą czynnością. Wtem zjawił się Marcin. Kazał mi robić co innego. Powiedziałem, że T.J. dał mi tę robotę i powinienem ją najpierw skończyć. Wtedy usłyszałem, że jak on mi każe coś robić to mam natychmiast zostawić wszystko i robić co mi każe, bo następnym razem uderzy mnie w twarz” – opowiada Łukasz.

Upokorzeni i poniżeni

Andrzej i Łukasz zgodnie twierdzą, że wszyscy, zarówno mieszkający w domku Polacy i Meksykanin, jak i oni sami, byli upokarzani i poniżani przez swoich pracodawców. Szybko zorientowali się, że ich pracodawcy zajmują się usuwaniem szkód po huraganach wykorzystując do pracy w swojej dwuosobowej firmie tanią siłę roboczą w postaci studentów. „Być może wielu z wyzyskiwanych i źle traktowanych pracowników nigdy nie otrzymało wynagrodzenia za pracę. Nie dość, że byliśmy bez wynagrodzenia za naszą pracę to traktowano nas jak śmieci. Byliśmy zaszczuci, zrozpaczeni i bliscy depresji” – mówi Łukasz. „Kiedyś w wielką ulewę kazano nam pogłębiać rów znajdujący się koło domu. Tuż obok stała koparka ze spychaczem w którym siedział T.J. i naigrywał się z nas. My natomiast wybieraliśmy łopatami w strugach deszczu błoto z rowu, które wlewało się tam spowrotem. Praca nie miała sensu i była bezcelowa. Chodziło jedynie o zdołowanie nas i pokazanie kto tu rządzi” – twierdzi Łukasz Kwiatkowski. Opowiedział też jak drwiono sobie z nich podczas noszenia dużych pni drzew, a także podczas jazdy ciężarówką w czasie burzy i deszczu. „Nasi bosowie siedzieli w kabinie i śmiali się, gdy my przemoczeni do suchej nitki, wśród błyskawic, siedzieliśmy na odkrytej plandece ciężarówki. Gnojono nas na każdym kroku” – mówi dobitnie Jaroszyn.
Któregoś dnia wezwano ich przed oblicze szefów i oskarżono o pozostawianie mokrej podłogi w łazience. „Wszedłem do łazienki w skarpetkach i zmoczyłem je sobie, bo ktoś nie starł podłogi. W związku z tym zabraniam wam korzystania z łazienki. Macie się myć pod wężem na zewnątrz domu” – zarządził T.J.
Którejś nocy pracujący z nimi młody Meksykanin przebywający tam od 7 m-cy zniknął i nigdy już się nie pojawił. Często powtarzał, że już tego dłużej nie zniesie. Gdy następnego dnia T.J. i Marcin odkryli jego ucieczkę demonstracyjnie rzucili jego odzież na ziemię przed domem, kazali polać benzyną i podpalić.
Na pytanie czy mieli okazję coś zobaczyć w Ameryce obaj uśmiechają się ze smutkiem. „Żaden z naszych szefów nigdy nigdzie nas nie wziął. Kiedyś udało nam się dostać na stop, drugim razem pojechaliśmy na plażę autobusem. Jedyną atrakcją były dla nas wypady do Wallmart” – mówi Andrzej. Przyznają, że obaj wzięli z sobą z Polski garnitury wierząc, że pewnie od czasu do czasu wybiorą się ze swoimi pracodawcami na kolację do restauracji.
Studenci mieli jednak to szczęście, że mieli teraz dostęp do internetu. Mogli więc od czasu do czasu komunikować się z rodziną. Pozwalano im również korzystać z telefonu tyle, że wyłącznie dzwoniąc na kartę. „Przez cały jednak czas nasi bliscy nie mieli pojęcia w jakim znaleźliśmy się położeniu. Utrzymywaliśmy, że wszystko jest w porządku. Nie chcieliśmy zamartwiać nikogo. Poza tym trudno byłoby im w to wszystko uwierzyć” – uważa Andrzej. „Robiliśmy wszystko by jedynie przetrwać, przeżyć. Poza tym nie liczyło się nic” – dodaje Łukasz.

Wizyta cioci Lidii

„Wciąż żyliśmy w strachu, że zabiorą nam wizy i nie wypłacą wynagrodzenia za pracę, dlatego zagryzaliśmy zęby i milczeliśmy znosząc wszystko. Tymczasem nasi pracodawcy byli coraz bardziej prowokacyjni wobec nas. Wyraźnie czuli się bezkarni” – mówi Łukasz, który bał się, że jemu i jego kolegom poprostu „wysiądzie psychika”.
Tuż przed nadejściem huraganu Katrina Andrzej zadzwonił do swojej cioci Lidii Andrys mieszkającej w New Jersey. „Nie skarżył się, zapewniał, że jakoś sobie radzi. W jego głosie było jednak coś niepokojącego co nie pozwalało mi spokojnie spać” – twierdzi Andrys. Ostatecznie 26 sierpnia zdecydowała się polecieć na Florydę w celu odwiedzenia siostrzeńca. Gdy o jej planowanej wizycie dowiedzał się Archacki zadał Andrzejowi wiele pytań nt. jego ciotki. „Pytał mnie, m.in. jak długo jest w USA, czy jest tu legalnie, czym się zajmuje, w jak bliskich pozostaje ze mną stosunkach” – twierdzi Andrzej. Archacki zadzwonił do niej proponując jej gościnę w swoim domu z basenem. Lidia jednak zdecydowała się na hotel. „Ten człowiek był przemiły. Zapraszał mnie i Andrzeja do siebie do domu. Chwalił mojego siostrzeńca i mówił, że chciałby go mieć za swojego wspólnika” – twierdzi Andrys. Tymczasem zbliżał się huragan Katrina. Andrzej spotkał się z ciocią w hotelu. Następnego dnia jednak kobieta chciała zobaczyć jak mieszka jej siostrzeniec i wtedy odkryła prawdę. „Gdy zobaczyłam w jakich warunkach mieszkają chłopcy - zaniemówiłam. Natychmiast spotkałam się z Archackim. Ten zapewniał, że to tylko kwestia kilku dni i chłopcy przeniosą się do wygodnego domu z basenem. Był znów przemiły. Dał chłopcom wolny dzień. Pomógł nam nawet, gdy pobłądziliśmy jadąc na plażę. Andrzej jednak zataił przede mną wiele faktów, dlatego po dwóch dniach wróciłam do domu w miarę spokojna o jego los” – powiedziała Tygodnikowi Polonijnemu Andrys, która wraz z mężem Romualdem, Andrzejem i Łukaszem przybyła w sobotnie popołudnie do naszej redakcji.
„Dzwoń, jeśli coś się dzieje” – powiedziała Andrzejowi na pożegnanie w niedzielę. Następnego dnia nadszedł huragan Katrina.

Poszło o wyjazd do Nowego Orleanu

W poniedziałek zwołano wszystkich na rozmowę. „Idzie huragan, w związku z tym nasz autobus zamieniamy w biuro. Przenieście tam kanapę i komputer. Zabieramy wszystkie narzędzia i jutro wyjeżdżamy do Nowego Orleanu”– usłyszeli studenci z Polski. Zapowiedziano też, że muszą przygotować się na to, że kilka dni mogą pozostawać bez mycia i na zupkach z puszki. Będą też spać na ziemi na polu namiotowym. Może się zdarzyć, że będą szukać pracy przez dwa tygodnie lub dłużej, twierdzili ich przełożeni.
Mieli wyruszać w drogę we wtorek wieczorem. Do tej pory jedynie Andrzej i Agata otrzymali czeki za lipiec. Wciąż nie otrzymali ich za sierpień. Łukasz i Maks nie otrzymali żadnego czeku, bo nadal czekali na #SS.
Zakupiono już prowiant i szykowano się do drogi. Tymczasem docierały do nich informacje o sytuacji w Nowym Orleanie. „Zwyczajnie baliśmy się. Gdy jednak usłyszeliśmy, że jeśli nie pojedziemy do Nowego Orleanu to nigdy nie zobaczymy naszych pieniędzy, wahaliśmy się” – mówi Łukasz. Andrzej zadzwonił do cioci Lidii Andrys i chąc nie chcąc powiedział jej o planie wyjazdu do Luizjany. „W żadnym wypadku nie jedźcie do Luizjany! Tam trwa ewakuacja. Wasi pracodawcy muszą wam wypłacić należne wynagrodzenie. Odbierzcie je i lećcie do New Jersey!” – usłyszał Andrzej. Niemal całą noc z poniedziałku na wtorek przegadali z Agatą i Maksem zastanawiając się co dalej zrobić. Postanowili, że nie pojadą do Luizjany. Nie wiedzieli tylko jak to obwieścić swoim pracodawcom. We wtorek po południu spotkali się z nimi na rozmowie. Wybuchła wielka awantura. Usłyszeli, że nie dostaną czeków, jeśli nie pojadą. Wreszcie po namyśle obiecano im je. Czekali w autobusie, wreszcie przyniesiono im czeki. Andrzej, który domagał się by czek pochodził z banku na Florydzie, a nie w Maryland, został wyrzucony w ulewę na zewnątrz. Zabroniono mu udania się do autobusu. Zdołał zadzwonić do cioci, a ta natychmiast zatelefonowała do jego pracodawców. Tym razem byli bardzo niegrzeczni, wręcz wulgarni. W tym samym czasie Andrzej stał na zewnątrz w strugach deszczu licząc na pozwolenie spędzenia nocy w autobusie. Nie doczekał się. Udał się więc w stronę stacji, ale była nieczynna. Strażnik pozwolił mu skorzystać z prywatnego telefonu. Zadzwonił do brata Szymona w New Jersey i opowiedział mu wszystko. Ten kazał dzwonić na policję, ale w międzyczasie dodzwonił się do Lidii Andrys. Tak więc o godz. 2 w nocy Andrzej został bez dachu nad głową wyrzucony na dwór przez swoich pracodawców, w dodatku w czasie sztormu. Wrócił ponownie pod dom z nadzieją, że pozwolą mu jednak przenocować. „Łukasz może tu spać jeszcze tę jedną noc, ale nie ty” – usłyszał Andrzej. W tej sytuacji Andrzej, do którego dołączył jego towarzysz niedoli Łukasz, udał się w poszukiwaniu hotelu. „Maszerowaliśmy nie wiem jak długo. Wszystko po drodze było pozamykane. Wreszcie udało nam się znaleźć hotel z wolnym pokojem, choć bez prądu i wentylacji z powodu sztormu, to jednak był to dla nas luksus” – twierdzą zgodnie Polacy. Andrys nie otrzymawszy wieści od siostrzeńca, zadzwoniła do Archackiego. Zamiast troski usłyszała pogróżki, że zadzwoni by cofnąć jego wizę. Wtedy nie wytrzymała i skontaktowała się z policją oraz wydziałem pracy. Zadzwoniła też do Council. „Jestem zszokowana tym co słyszę. Nigdy już nie wyślemy tam żadnego studenta”– usłyszała zapewnienie członkini Council, która przedstawiła się jako Maggie. Potem rozmawiała jeszcze z pracującą tam Polką Margaret.
Następnego dnia firmę Johnsona i Archackiego opuściła również Agata i Maks. Mieli te same problemy z wyegzekwowaniem należnego wynagrodzenia. Czeki na szczęście miały pokrycie. Wszyscy więc mogli zamienić je na gotówkę, z wyjątkiem Łukasza, który dopiero kilka dni temu otrzymał #SS. 2 września Łukasz i Andrzej wylądowali w New Jersey. Skorzystali z gościny Lidii Andrys. Kilka dni dochodzili do siebie zanim dotarli do nas.
We wtorek 13 września Łukasz Kwiatkowski powrócił do Polski. Skrócił swój pobyt w USA o 17 dni. Andrzej ma zamiar pozostać tu do końca września. „Na dzień dzisiejszy nie chcę znać Ameryki. Na najbliższe lata wyleczyłem się z niej. Obeszła się ze mną bardzo źle” – mówi rozgoryczony Kwiatkowski. Obaj przyznają, że nie wykluczali wyjazdu do Nowego Orleanu i kto wie czy gdyby nie rozmowa z ciocią Andrzeja to znaleźliby się w Luizjanie. „Nie chcę nawet myśleć jaki los ich tam czekał” – powiedziała na zakończenie rozmowy Andrys.


Barbara Aleksandrowicz

Home | O nas | Numer bieżący | Reklama | Prenumerata | Archiwum | Galeria | Księgarnia | Kontakt