Źle się dzieje w kwestii wolności słowa, a także poszukiwań historycznych. Świadczy o tym ostra dyskusja wokół książki „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”. Jej autorzy, którzy są historykami IPN – Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk – nazywani są pogardliwie „policjantami pamięci”.
Książka dokumentuje m.in. współpracę Lecha Wałęsy z komunistycznymi specsłużbami. Podniosły się głosy, że to niegodziwość, „kampania nienawiści”, niszczenie autorytetu Lecha Wałęsy przez historyków o „niskiej reputacji naukowej”. Ktoś powiedział nawet, że to tak, jakby opracowanie biografii Jana Pawła II zlecono prowincjonalnym wikarym. Chyba zapomniał, że wśród prowincjonalnych wikariuszy mogą zdarzyć się i tacy, którzy w przyszłości zostaną purpuratami. Pamiętamy przecież pewnego prowincjonalnego wikarego z Niegowici... Z współautorem książki „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” dr Sławomirem Cenckiewiczem z IPN rozmawiała red. Barbara Aleksandrowicz. Dlaczego Pana zdaniem książka „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” musiała się ukazać? Czy, gdyby Pan mógł cofnąć czas, napisałby tę książkę, wiedząc jaki wywoła ona szum w Polsce i nie tylko w Polsce? Od kilku lat prowadzę badania nad oporem społecznym i ruchem antykomunistycznym w Trójmieście. Przy tej okazji zainteresowałem się sprawą Lecha Wałęsy, bowiem w aktach dotyczących Grudnia ’70 natknąłem się na doniesienia TW ps. „Bolek”. Później dotarłem do nowych materiałów, które dokumentowały historię niszczenia i kradzieży dokumentów w okresie prezydentury Wałęsy. Postanowiłem wówczas napisać na ten temat odrębną publikację. Zaprosiłem to tego projektu Piotra Gontarczyka. Wreszcie, wpływ na wydanie tej książki miały wezwania licznych środowisk, by IPN wyjaśnił kwestię oskarżeń kierowanych pod adresem Wałęsy, że był on w przeszłości współpracownikiem SB. Tak powstała praca naukowa oparta o solidną kwerendę archiwalną. Nie bierzemy udziału w dyskusjach politycznych, odmawiamy rozmów z politykami i robimy wszystko, żeby trzymać się z daleka od kłótni politycznych. Bez względu na agresywne ataki na nas jako autorów książki będziemy robili swoje – będziemy opisywali dzieje Polski bez oglądania się na takie czy inne opinie wyrażane przez dziennikarzy i polityków. W nauce nie ma miejsca na cenzurę, tu najważniejsza jest wolność badań naukowych. Niektórzy uważają, że w książce brak dostatecznych dowodów na to, że Lech Wałęsa to „Bolek”. Wiele też dokumentów obciążających Lecha Wałęsę podobno zaginęło... Najsmutniejsze w opisywanej przez nas historii Wałęsy są bodaj wydarzenia związane z jego prezydenturą. Są one ściśle związane ze sprawą „Bolka”. Już w czerwcu 1992 roku Wałęsa pożyczył dokumenty na swój temat, potem uczynił to jeszcze raz. W działaniach tych uczestniczyli m.in. ówczesny szef MSW Andrzej Milczanowski, szef UOP Jerzy Konieczny, a także co najmniej kilku oficerów byłej SB, którzy robili błyskotliwe kariery w UOP za czasów premierów Mazowieckiego i Bieleckiego. Kiedy po zakończeniu przez niego prezydentury otworzono paczki z wypożyczonymi dokumentami, okazało się, że znaczna ich część zniknęła.
4 g Do archiwum UOP nie wróciła oryginalna karta ewidencyjna informująca, że Wałęsa był w latach 70. tajnym współpracownikiem SB. Oprócz niej zginęły wszystkie inne dokumenty przekazane Macierewiczowi przez jego poprzedników oraz odnalezione w centrali MSW w czasie funkcjonowania rządu Jana Olszewskiego. Znacząco „przetrzebiono” tomy akt spraw operacyjnych kryptonim „Arka” i kryptonim „Jesień ‘70”, prowadzone przez gdańską SB. Usunięto z nich kilkadziesiąt doniesień pochodzących od TW „Bolek”. W różnych miejscach, w których dokonano zniszczeń, usiłowano zatrzeć ślady manipulacji. Z tomów akt powyrywano spisy treści, poprzerabiano w nich też numerację stron tak, by trudniej było ustalić, co i gdzie zginęło. Ale powołana w 1996 r. Komisja UOP nie miała kłopotów z ustaleniem okoliczności i skali procederu „wyprowadzania” dokumentów SB oraz osób, które zań odpowiadały. Analogiczne działania, jak w centrali MSW w Warszawie, podjęto w Delegaturze UOP w Gdańsku. Tu Lech Wałęsa i Andrzej Milczanowski dokonali zmian personalnych mianując na stanowiska kierownicze zaufanych Wałęsy – byłych funkcjonariuszy SB. Otworzyło to drogę do manipulowania aktami archiwalnymi nie tylko byłej Służby Bezpieczeństwa, ale też dokumentami UOP. Konsekwentnie usuwano odnalezione ślady działalności TW „Bolek”, zmanipulowano też dokumentacje dotyczącą wypożyczenia w 1992 r. dokumentów do warszawskiej centrali. Oddzielnym zagadnieniem jest sprawa dużej liczby mikrofilmów przejętych przez funkcjonariuszy UOP w marcu 1993 r. w mieszkaniu jednego z byłych funkcjonariuszy SB. Mikrofilmy te dotyczyły nie tylko Wałęsy, ale też wielu innych czołowych działaczy gdańskiej opozycji w tym m.in. urzędującego prezydenta Lecha Kaczyńskiego oraz marszałka Senatu Bogdana Borusewicza. Te dokumenty zostały przekazane Wałęsie w 1994 r. i ślad po nich zaginął. W sprawie zaginięcia opisanych wyżej dokumentów śledztwo prowadziły prokuratury w Warszawie i Gdańsku. Jednak postawienie jakichkolwiek zarzutów Lechowi Wałęsie było niemożliwe ponieważ miał on immunitet. Ze względu na zły stan polskiego wymiaru sprawiedliwości i działania Ministerstwa Sprawiedliwości uczestnicy opisanych działań uniknęli odpowiedzialności.
Więcej w wydaniu drukowanym.